Homilia bpa Jana Wątroby wygłoszona 28.09.2013 r. w uroczystość odpustową ku czci MB Saletyńskiej w Rzeszowie

Czcigodni współbracia w kapłańskim posługiwaniu, umiłowana wspólnoto saletyńska, z księdzem prowincjałem, z delegatem ojca generała, kochane siostry zakonne, siostry i bracia w Chrystusie.

Tak naprawdę to każda Msza Święta prowadzi nas na Golgotę, na kalwarię, pod Krzyż. Zawsze, gdy sprawowana jest Eucharystia to jest uobecniona Jezusowa męka i śmierć i Jego zmartwychwstanie. Są takie momenty, w których słowo odczytywane w czasie Eucharystii jeszcze bardziej nam to uświadamia i zaprasza, wciąga w tę zbawcza przestrzeń.

Przed chwilą właśnie usłyszeliśmy bardzo wam dobrze znany fragment ewangelii o Maryi pod krzyżem. I słowa Jej Syna, naszego Zbawcy skierowane do uczniów: "Oto Matka Twoja". To fragment Jezusowego testamentu. To słowo niezwykłe, nad którym Kościół pochyla się już od XX wieków zdumiony trochę tymi słowami. "Janie, oto Matka Twoja". Przecież Jan w tym momencie chyba nie był sierotą. On miał swoją mamę, żonę Zebedeusza. Może nawet tam stała gdzieś blisko, pośród innych kobiet. W tym momencie nie potrzebował jakiejś dodatkowej opieki, a jednak słyszy te słowa, które odnoszą się do Niego i do Jezusowej Matki: "Oto matka twoja". To dlatego  Kościół w duchowej interpretacji tej sceny, nieustannie odnosi Jezusowe słowa skierowane do Jana, jako skierowane do całego Kościoła i do wszystkich, których Jezus swoją krwią obmył, których zbawił, do wszystkich jako uczniów i uczennic. Te słowa skierowane do Maryi i do Jana dotyczą nas wszystkich, ludzi wszystkich wieków. Jan nas tam reprezentował. My w Nim się jakoś odnajdujemy. Tak uczyli już ci, którzy najbliżej żyli czasów apostolskich, Ojcowie Kościoła, Doktorzy. Tak cała tradycja Kościoła do dzisiaj tłumaczy nam te Jezusowe słowa.

Zanim to się stało, zanim zgodnie z Jezusowym słowem z testamentu: „uczeń wziął Ją do siebie”, Jan miał za sobą co najmniej trzy różne szkoły.

Pierwszą Jego szkołą była rodzina, dom nad jeziorem galilejskim, ojciec Zebedeusz - rybak i matka. Więcej nie wiemy o rodzinie. Ma brata Jakuba. Właśnie w tej rodzinie, w tej szkole, która jest dla każdego człowieka pierwszą szkołą, o ile ma szczęście do tego, że wychowuje się i wzrasta w pełnej, zdrowej i wierzącej rodzinie, Jan uczył się pracowitości, pobożności i posłuszeństwa. Tam jego człowieczeństwo się rozwijało, tam otrzymał zaczątki tego, co potem mu będzie tak potrzebne. Zaczątki owej mądrości to właśnie dom. Z domu się to wynosi i to jest pierwsza szkoła, którą ukończył Jan apostoł, umiłowany uczeń Pana.

Potem wstąpił do innej szkoły. To była szkoła też Jana, ale Chrzciciela. Jan Chrzciciel, przy którym już byli uczniowie, powiedzmy że miał wokół siebie już szkołę, tych którzy Go słuchali, przejmowali się Jego wzywaniem do radykalizmu, do wyrzeczeń, do ascezy, do pokuty, nawracania się, w pewnym momencie zauważył w tłumie zbliżającego się Jezusa, a nikt jeszcze Go tam nie znał i wskazując na Niego powiedział: "Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata". Usłyszawszy to dwaj Jego uczniowie zostawili Jana, swego mistrza i poszli za Jezusem,. Wśród nich był właśnie syn Zebedeusza, św. Jan apostoł, ewangelista. Miał drugą szkołę, szkołę niezwykłą, wymagającą, szkołę wielkiej pokory. Musiał słyszeć słowa Jana Chrzciciela, który mówił "ja jestem tak mały wobec wielkości Jezusa który nadchodzi, że nawet nie mogę rzemyka u Jego sandałów rozwiązać, to ja się mam umniejszać, a On ma wzrastać." Rozradował się na widok Oblubieńca. Jan znad jeziora galilejskiego musiał się tego uczyć, musiał przesiąknąć tą postawą pokory. Niezwykła szkoła, która na pewno wiele mu dała.

Wreszcie wstąpił do kolejnej szkoły. Trzy lata chodził z Jezusem. To dopiero była szkoła, szkoła Mistrza z Nazaretu, nauczyciela, którego wszyscy podziwiali, choć nie brakło takich, którzy Go atakowali i ciągle zastawiali na Niego jakieś pułapki, chcieli go podchwycić w słowie. Więcej, nawet do rękoczynów dochodziło w czasie Jego pobytu w Nazarecie. Jan w tej szkole zajmował miejsce naczelne, zawsze blisko Jezusa, blisko Szymona, który był pierwszy. Ze swym bratem Jakubem był świadkiem najważniejszych wydarzeń z tej publicznej działalności Pana Jezusa. Był świadkiem cudów, był na górze Tabor. Jezus go przygotowywał do szczególnych zadań. Nikt tak blisko nie był Jezusa w czasie uczty na ostatniej wieczerzy, w wieczerniku, jak Jan, który głowę oparł na piersi Jezusa. Słyszał tętno jego serca, to jemu Jezus zwierzał tajniki Jego serca. Umiłowany uczeń. Tak był nazywany i tak sam o sobie pisze w ewangelii. Potem będzie jeszcze w Ogrójcu w czasie modlitwy, choć uśnie jak Piotr i Jakub, ale będzie do końca w tej szkole. Aż pod krzyż. Pójdzie tam nie sam, pójdzie z Matką Jezusową. Kto wie czy to tu nie był główny powód dla którego tam został. Wszyscy uciekli, a Jan wytrwał. Może Ona mu w tym pomogła. Nie tyle On się Nią tam wtedy opiekował, mężczyzna kobietą, ale Ona po matczynemu widząc młodego, najmłodszego z uczniów, pewnie Ona Go tam podtrzymywała, pocieszała. W każdym razie tam właśnie, jakby na zakończenie tej trzeciej szkoły, usłyszał te słowa z testamentu: "Oto Matka Twoja".

To jest zaproszenie do kolejnej szkoły. Nie wystarczyły te trzy: domowa, Jana - proroka z pustyni znad Jordanu i nawet Jezusowa szkoła. Potrzeba jeszcze szkoły Maryi. To dla nas wszystkich znak jak Jezus chce, by Jego Kościół miał rys także kobiety, Jego Matki. Owszem, chodziło z Nim przez te trzy lata dwunastu apostołów i jeszcze siedemdziesięciu dwóch innych, to pewnie wszyscy mężczyźni. Była tam grupka kobiet, ale tak tylko mimochodem wspomniana. Jezus na dwunastu mężczyznach apostołach budował Kościół, ale w tym ostatnim momencie zapragną, aby ten Kościół miał twarz Matki. „Oto Matka Twoja”. Więc Jan do tej szkoły wstąpił. Tym jednym zdaniem o tym powiedział i od tej chwili uczeń wziął Ją do siebie i już byli razem do końca swych dni, choć w księgach kanonicznych, ani w ewangeliach, ani w dziejach apostolskich, nie ma wzmianek na czym polegało to ich wspólne życie.

Uczeń wziął Ją do siebie, ale to jest ten uczeń, w którym my się odnajdujemy, który nas reprezentuje, który nam mówi, że także ty i ja mamy do tej szkoły wstąpić i wziąć do siebie Maryję. Oczywiście nie chodzi o figurę którą postawimy, o obraz, który powiesimy w najzaszczytniejszym miejscu. Nie o takie wzięcie Maryi chodzi.

Wziąć Maryję do siebie to przejąć od niej to Jej zawierzenie w dniu zwiastowania. Bogu mówi się "tak". Zawsze. On wkracza w nasze życie czasem w najmniej spodziewanym momencie i jeśli wkracza z czymś radosnym, pozytywnym, z czymś co nas raduje, co potwierdza też nasze palny, to wtedy łatwo mówić tak, niech mi się stanie według Twego słowa, zgadzam się. Uśmiecham się do tych Jego propozycji, które sprawiają mi radość, które mnie jakoś ubogacają. Ale gdy ta Jego interwencja, Jego wejście, burzy moje plany, tak jak zburzyło plany Maryi i Józefa, wtedy powiedzieć "tak", wtedy zawierzyć, nie jest łatwo. Dobrze o tym wiemy. Uczeń w szkole Maryi tylko taką ma alternatywę. Tak się ma do Matki upodobnić, od Niej się uczyć. Ona powiedziała Bogu: "tak, niech mi się stanie według Twego słowa".

Wziąć Maryję do siebie to także przejąć Jej pośpiech w służbie. Z pośpiechem biegła do Elżbiety w górzystą krainę, bo wiedziała, że ktoś czeka na pomoc, na obecność. Z pośpiechem, bez ociągania, bez kalkulacji, bez wyrachowania, bezinteresownie. To jest szkoła Maryi. Spieszyć się kochać ludzi. Spieszyć się by zdążyć na czas z pomocą, by nie odkładać tego do jutra. Zapomnieć o sobie i być w służbie, to jest droga do wielkości, do świętości.

Wziąć Maryję do siebie to przejąć od Niej jej wierność prawu. Ona wcale nie musiała z tym Pierworodnym iść do świątyni. Ona dobrze wiedziała, że to jest Syn Najwyższego, ale by być posłuszną przepisom prawa, by zrealizować, wypełnić do końca to czego prawo oczekiwało od wierzących Izraelitów, idzie z Józefem, z Dzieciątkiem do świątyni. To jest właśnie jeden z przykładów wierności prawu. Wierności w rzeczach małych, drobnych. To jest szkoła Maryi.

Wziąć Maryję do siebie to przejąć od Niej męstwo Golgoty. Liczy się wytrwanie do końca, nie szukanie łatwych rozwiązań, nie ratowanie się ucieczką, nie rezygnacja, nie zniechęcenie, ale wytrwanie choć boli, choć trudno. Choć może inni doradzają coś innego, podsuwają o wiele łatwiejsze, prostsze rozwiązania. Wytrwać pod krzyżem. Wytrwać jak Maryja. To znaczy być w Jej szkole.

Wziąć Maryję do siebie to przejąć od Niej postawę modlitwy, rozmodlenie Wieczernika. Po Jezusowym wniebowstąpieniu przebywali tam razem i apostołowie, i Ona. Kto wie czy właśnie wtedy Ona nie musiała przypominać uczniom tych słów Mistrza, swojego Syna, o modlitwie. Czy nie Ona ich uczyła słów modlitwy, z nimi się modliła. Maryja, nazywamy Ją: „Wszechmocą błagającą”. Wszechmoc błagająca, wszechmoc na kolanach, rozmodlona.

Wziąć Maryję do siebie to wejść w ten klimat dialogu serdecznego, to nasza pobożność, nasze praktyki religijne, nasza modlitwa systematyczna, codzienna, wspólnotowa i ta indywidualna, słowna i myślna. Coraz bogatsza, bo taka powinna być z upływem czasu. Inna nas dorosłych, dojrzałych w wierze, czy dojrzewających ciągle, od tej dziecięcej takiej prostej. Modlitwa, której uczymy się od Maryi.

I jeszcze wziąć Maryję do siebie to naprawdę do końca przejąć się tymi licznymi wezwaniami, tym orędziem, które ona przecież nie od siebie, ale przez Boga posyłana na ziemię, objawiała tyle razy. Tak jak w La Salette, jak potem w Lourdes, w Fatimie i w Gietrzwałdzie na Warmii. W tylu jeszcze innych miejscach tych prywatnych objawień. Przecież to jest znak Bożego Miłosierdzia. To jest znak jak Bogu na nas zależy, jak chce nas ratować od kary wiecznej, jak Mu zależy na naszym zbawieniu. Dlatego posyła Maryję, a Ona nieustannie choć może różnymi słowami i w różnych miejscach mówi: "Nawracajcie się. Pojednajcie się z Bogiem i z ludźmi." I daje do ręki różaniec, który jest bronią niezwykle skuteczną, prostą, ktoś powie prymitywną, ale Ci którzy kochają tę modlitwę znają jego moc i jego skuteczność. Maryja wzywa nas wszystkich do nawrócenia, do pojednania.

Kochani, jesteśmy zaproszeni do Jej szkoły. Jesteśmy wezwani, by brać Maryje do siebie. Mamy za sobą różne szkoły, nawet uniwersytety, wyższe studia. Mamy różne środowiska, w których wzrastaliśmy i wiele im zawdzięczamy. Nade wszystko naszemu domowi, naszym rodzicom i środowisku rodzinnemu. Mamy za sobą wiele doświadczeń, także w życiu religijnym, pięknych i bogatych, ale potrzeba nam nieustannie być w szkole Maryi. Dzisiaj usłyszmy raz jeszcze to Jej wezwanie. Ono jest jakby echem tego o czym św. Paweł pisał do Koryntian i co też dzisiaj tutaj wybrzmiało. Pojednajcie się z Bogiem. Ja wiem, że my tu obecni, większość, nawet może wszyscy są w stanie łaski uświęcającej. Teraz przyszliśmy na odpustową uroczystość, na ucztę i przystąpimy do stołu Pańskiego. Może nie do nas trzeba te słowa kierować, ale jesteśmy potrzebni, by z tym słowem pójść dalej i wołać jak kiedyś Paweł, jak Maryja do braci naszych i sióstr: "Pojednajcie się, nawróćcie i bądźcie apostołami jedności, świadkami jedności." To jest nasza powinność, posługa jednania. Nie tylko kapłanów, którzy posługują sakramentami świętymi, zwłaszcza w sakramencie pojednania i pokuty, ale nas wszystkich, którzy wzrastamy pod krzyżem Jezusa, którzy słuchamy słów Jego testamentu, którzy tak bardzo chcielibyśmy być podobni choć trochę do umiłowanego ucznia. Weźmy Maryję ze sobą.

Amen.

Autor

bp Jan Wątroba