Świętość rodzinna

Świętość rodzinna

Ostatnie tygodnie roku są szczególnie przeżywane w Jodłowej. Ta malownicza wioska w diecezji tarnowskiej słynie nawet poza granicami Polski z kultu Dzieciątka Jezus. Ks. proboszcz Franciszek Cieśla buduje wytrwale nowy kościół i już planuje uroczyste przeniesienie łaskami słynącej figurki Bożej Dzieciny do głównego ołtarza nowego sanktuarium.

Mieszkający w Jodłowej ludzie są dobrzy, pobożni, pracowici i kochają Matkę Bożą Saletyńską. Kilka rodzin prenumeruje „Posłańca”, delegaci przyjeżdżają co roku na październikowe rekolekcje. Danusia niedawno wstąpiła do Apostolstwa Rodziny Saletyńskiej. Jej tato przez długie lata przyjeżdżał rowerem na dębowieckie odpusty i zamawiał Msze święte u Matki Bożej Płaczącej. Latem zaprosiła mnie do Jodłowej na wczasy pod gruszą. Mogłam nie tylko odpocząć, ale poznać wspaniałych ludzi, żyjących po Bożemu na co dzień, pielęgnujących rodzinną miłość i świętość. Ela - młodsza siostra Danki prowadzi w parafii poradnictwo rodzinne. Syn Dawid służy jako ministrant. Codziennie z rodzicami i młodszym rodzeństwem odmawia różaniec. Jest ich w domu pięcioro, więc każdy prowadzi jedna tajemnicę. Spędziłam u nich popołudnie. Była akurat godzina 15.00 i babcia przypomniała o modlitwie do Miłosierdzia Bożego. Ta rodzina żyje na codzień łaską Bożą.

Nazajutrz miałam możliwość pojechać do Wisowej. Tam mieszkają rodzice Danki, jej brat Marek z żoną Ewą i trójką synów. Marek był rano na Mszy św. i przystąpił do sakramentu pokuty, ponieważ za dwa dni przypadał jego dyżur jako nadzwyczajnego szafarza Eucharystii. Zawsze idzie do spowiedzi, kiedy zbliża się dzień, w którym podaje ludziom Komunię świętą. Dziadkowie opowiadali z dumą, jak powstał ich dojazdowy kościół w Wisowej. Władza w latach 50-tych dała pozwolenie na budowę stodoły, ale mieszkańcy czekali sposobnej chwili, by ja zamienić na dom Boży. Danusia pamięta doskonale tę noc. Mama zbudziła ją o godzinie 200. w uroczystość św. Piotra i Pawła. Poszli do stodoły z młotkiem, wstążkami i małym obrazkiem Matki Bożej Częstochowskiej. Wewnątrz byli już ludzie. Rano przyjechał ksiądz i poraz pierwszy w wisowskiej stodole, na klepisku, pośród powiązanego w snopy żboża, Słowo stało się ciałem. Potem urządzono punkt katechetyczny, od czasów Solidarności był już oficjalny kościół dojazdowy, a od 13 grudnia 1983r. jest zgoda na przechowywanie Najświętszego Sakramentu. Eucharystię sprawuje ksiądz dwa razy w tygodniu, ale ludzie często gromadzą się sami na modlitwę. Nabożeństwom przewodniczy mama Danusi, ale tego dnia, za zgodą i wiedzą księdza proboszcza mnie spotkał ten zaszczyt. Dzieci pobiegły zaprosić mieszkańców na godzinę 17.00 Najmłodszy Marcel aż płakał, że mama go nie puściła ze starszymi, ale to „kolędowanie” wcale nie było takie proste. Domy są oddalone jeden od drugiego nawet o pół godziny drogi. Ale po południu, w czystej koszulce i z umytą buzią raźno maszerował do kościoła. Przyszło 30 osób, matki z dziećmi, babcie, nawet troje mężczyzn. Prosiliśmy miłosiernego Boga za przyczyną Matki Bożej Saletyńskiej o upragniony deszcz. Kiedy po nabożeństwie robiliśmy na miedzy wspólne zdjęcie, już zaczęło się chmurzyć, Jedwie zdążyliśmy wrócić do domu przed ulewnym deszczem. Pan Jezus wysłuchał prośby niewinnych dzieci i ich rodziców, którzy potrafili przerwać pracę i przyjść na nieplanowane nabożeństwo. Jakże ci ludzie są piękni w swojej wierze, w umiłowaniu Boga i przywiązaniu do kościoła! Piękni w modlitwie, której uczą dzieci od najmłodszych lat życia.

Danka opowiadała, jak kiedyś pojechała do rodziców pomagać przy zbiorach. Po całym dniu pracy w polu, powiedziała do bratanka, że tego wieczoru odmówią jeden dziesiątek różańca. Kilkuletni Mateusz okazał zdziwienie: „Ciocia, jaki ty masz różaniec?! Babcia ma inny. My zawsze mówimy pięć dziesiątek”. I zmówili w całości. Wszak „bez Boga ani do proga!” Oby było jak najwięcej polskich rodzin, dla których wiara, świętość, przyjaźń z Bogiem jest jak chleb powszedni.
Iwona Józefiak