Ciągle razem

Ciągle razem ze sobą

(Dnia 29 grudnia 2009r., we wtorkowej audycji dla rodziców i małżonków w Radio Maryja, wystąpiło Arsowe małżeństwo Teresa i Roman z Konina, którzy przeżyli wspólnie 47 lat. Mają dwóch dorosłych synów, dwóch wnuków i dwie wnuczki. Podajemy fragmenty ich świadectwa, które mogą być pomocne innym rodzinom i narzeczonym planującym wspólne życie).

Ona: Nasze małżeństwo odbiega od tego, co się potocznie mówi, że są dobrani, dopasowani. Tak pasujemy do siebie, jak 2 połówki przekrojonego jabłka, ale każda z innego. Mamy duże różnice charakteru, usposobienia, sposobu spędzania wolnego czasu. Np. ja – jestem humanistką, otwarta, lubiąca się dzielić, dyskutować, analizować. Mąż odwrotnie: umysł ścisły, małomówny, zamknięty w sobie...

On: Po zawarciu małżeństwa i wyprowadzeniu się do żony, skończyło się uprawianie sportu. Nastąpił trudny okres przestawienia się na inny tryb życia. Żona zwracała mi uwagę, gniewałem się, były „ciche dni”, ale żona proponowała wspólną modlitwę i udział we Mszy św. nie tylko w niedzielę. Kocham żonę – przyjmowałem jej propozycje. Po modlitwie wracał spokój, uczucie, dojrzewała miłość...

Ona: Początki naszego małżeństwa często nas zaskakiwały, rozczarowywały z powodu naszej inności. Żądaliśmy od siebie wzajemnej przemiany. W trudnych chwilach nie dopuszczaliśmy nigdy myśli o rozejściu się. Dziś jestem przekonana, że to było fundamentem trwałości naszego małżeństwa. To, że ślubowaliśmy w sakra-mencie małżeństwa wierność aż do śmierci, było dla nas czymś nieodwracalnym. Nie było FURTKI wyjścia. Razem przy Bożej pomocy staraliśmy się pokonywać nasze niedopasowanie. Wzorcem dla nas były nasze domy rodzinne, nasi rodzice. W mojej rodzinie było troje dzieci i rodzice głęboko wierzący. Nie do pomyślenie było nie pójście w niedzielę na Mszę świętą, nie branie udziału w rekolekcjach. Cieszyłam się bardzo, że Romek pochodzi z licznej rodziny. Bardzo mi się podobało, że jego rodzice i 13-cioro dzieci co niedzielę razem szli do kościoła. Dzieci były zdyscyplinowane, miały nałożone obo-wiązki. Dziś jestem rodzicom bardzo wdzięczna, że zakorzenili w nas taki styl życia, który rzutuje bardzo na nasze małżeństwo, rodzinę, na wychowanie naszych dzieci i wnuków. Oboje pragnęliśmy założyć dobrą, katolicką rodzinę. Patrzyliśmy w jednym kierunku; uznawaliśmy te same wartości...

On: Nie umiałem dużo mówić, ale czynnie starałem się pokazywać dzieciom drogę do Boga. W naszych wędrówkach turystycznych zawsze był czas wyznaczony na udział we Mszy św., na modlitwę poranną i wieczorną z udziałem dzieci...

Ona: Kiedy przychodziły na świat dzieci, psychicznie było nam lżej żyć. Przestawaliśmy myśleć tylko o sobie. Miłość do dzieci, wspólne troski, obowiązki, pogłębiały nasze relacje, przesłaniały to, co było kiedyś takie ważne: naszą inność. Po przeprowadzce do Konina w 1978r., w naszej nowopowstającej parafii została zapoczątkowana nowenna do M.B. Nieustającej Pomocy. Oddaliśmy Maryi w opiekę naszych 3 synów, godząc się na wszystko, cokolwiek Bóg zażąda, byleby tylko nie straciły wiary. Planowaliśmy ponowić to oddanie z dziećmi latem, w pobliskim sanktuarium Bolesnej Królowej Polski w Licheniu. Nie zdążyliśmy już z całą rodziną. 30 maja zginął tragicznie nasz 14-letni syn Tomek. Po tej śmierci zrozumieliśmy, że Bóg wyraźnie wkracza w nasze życie, przez realizację Swoich, a nie naszych planów. Było dużo bólu, cierpienia, ale nie rozpaczy, buntu ani pytania DLACZEGO? Szczególnie wtedy, gdy codziennie szukano ciała zatopionego dziecka i znaleziono je dopiero 10-tego dnia. Gdy gubiłam się w smutku, mąż umacniał mnie, mówiąc niewiele, ale głęboko: „Komu zaufałaś?” Może niełatwo to zrozumieć, ale cierpienia zbliżały nas bardziej do Boga i powodowały większą więź małżeńską, niż przeciętne, codzienne sytuacje, gdy nic szczególnego się nie działo. Jesteśmy zwykłymi, słabymi ludźmi, którzy mieli i nadal mają chwile wzniosłe i upadki. Ciągle zaczynamy od nowa przy Bożej pomocy. Ufamy sobie – i to jest dla nas bardzo cenne – a zaufania Panu Bogu wciąż się uczymy. Dziś, po wielu latach małżeństwa, osiągnięta duchowa dojrzałość pozwala nam dziękować Bogu za wszystko.

Teresa i Roman Przedwojscy