Jezu, oddaję Ci moją Mamę

 Jezu, oddaję Ci moją Mamę

„Człowiek buduje miłością dom na ziemi, ale zamieszka w nim dopiero w niebie”. Takie słowa usłyszeliśmy od księdza proboszcza z parafii św. Andrzeja Boboli, gdy poszliśmy zgłosić, że nasza Mama śp. Janina Józefiak 20 lipca 2007r. odeszła do Boga. Z potrzeby serca piszę to świadectwo. Wielu czytelników znało Mamę z wcześniejszych artykułów, a znacznie więcej korzystało z owoców Jej modlitwy. Miała wyznaczone intencje ogólne na poszczególne miesiące i szczegółowe – na każdy dzień. Najbliżej mieszkający sąsiedzi widzieli regularnie światło zapalające się w domu przed czwartą rano – to był znak, że Mama wstaje i po zażyciu lekarstw rozpoczyna modlitwę. Powtarzała nieraz, że „Panu Bogu trzeba oddać najlepsze godziny dnia, a nie takie plewy, kiedy różaniec wypada od zmęczenia z ręki”. Kochała wszystko, co miało związek z Bogiem, Matką Najświętszą, kościołem i modlitwą. Wielką pomocą było dla Niej Radio Maryja. Napełniona miłością Bożą, służyła rodzinie, sąsiadom i z reguły nie pozwalała się wyręczać w domowych posługach. „Wyproś mi u Matki Bożej – mówiła – żebym mogła do końca się krzątać i nikomu nie była ciężarem”. W każdy piątek nasilały się liczne dolegliwości i choroby. Wiedziała, że to jest dzień, kiedy trzeba z Matką Bolesną trwać na Golgocie i płacić cierpieniem za tych, który bardzo potrzebują pojednania z Bogiem. Prowadziła proste, ubogie życie, ale zmierzające ku wielkiej świętości. Minimalizm i przeciętność nie wchodziły w rachubę. Świadomie i poważnie przygotowywała się do śmierci, jako do najpiękniejszego dnia w życiu. Zwierzyła się, kiedy przyjechałam wiosną do domu, że jest już gotowa, tęskni za Bogiem i pobiegnie z radością na spotkanie z Nim, ale chce do końca wypełnić Jego świętą wolę. Żyła jednak realną codziennością. Jak każda gospodyni planowała prace domowe, robiła zapasy. Była szczęśliwa, kiedy w niedzielny poranek mogła pojechać rowerem na pierwszą Eucharystię, a potem na cmentarz i zapalić światełko na rodzinnym grobie... Cieszyła się z każdej mojej pielgrzymki do miejsc świętych. Czekała na pocztówkę, na wodę ze źródełka, dziękowała za modlitwę. W połowie lipca pojechałam do Fatimy. Ten wspaniały tydzień był jak pobyt na górze Tabor przed wejściem na Kalwarię. Gorąco błagałam Matkę Najświętszą o życie i zdrowie Mamy. Cała grupa wspierała mnie w tej modlitwie, a nasz opiekun duchowy odprawił uroczystą Mszę św. w karmelitańskiej kaplicy w Coimbrze. Pewnego dnia powiedziałam jednak Jezusowi: Nie chcę zatrzymywać Mamy dla siebie. Jeżeli chcesz Ją zabrać do Królestwa Niebieskiego, to daję Ci, Panie, moją Mamę. Pozwól mnie tylko zobaczyć Ją jeszcze żywą... Po powrocie do Polski rozmawiałam telefonicznie z Rodzicami. Nic nie wskazywało, że Mama już rozpoczyna swoją Paschę. Dwa dni później tato wezwał siostrę i mnie do szpitala w Lesznie, dokąd Ją zabrano w ciężkim stanie. Natychmiastowa operacja usunięcia zatoru w prawej nodze dała nadzieję, ale tylko na parę godzin. Czuwaliśmy przy Mamie. Rozmawiała z nami, trochę jadła, bardzo cierpiała. Brała do ręki gałązkę z drzewa oliwnego, którą przywiozłam z Fatimy. „Jaka piękna” – szeptała. Zawsze cieszyły Ją proste rzeczy, ptaki, wschody i zachody słońca i zwykły wiatr, bo Jej przypominał powiew Ducha Świętego... Był piątek, najdłuższy piątek w naszym życiu. Wszyscy przyjęliśmy wraz z Nią Komunię świętą, a Mama otrzymała jeszcze wsparcie Sakramentu chorych. O godzinie 14.00 rozpoczęła się agonia. Zapytałam, czy się boi. Powiedziała, że nie. Pożegnała mnie czułym spojrzeniem i dotykiem ręki. „Nie płacz dziecko, nie płacz”. Wiedziała, że jest piątek, czas męki i śmierci Pana Jezusa”. Odchodziła razem z Nim w ramiona Ojca. Podtrzymywaliśmy Mamę, odmawiając głośno różaniec, Koronkę do Miłosierdzia Bożego, różne akty strzeliste. Patrzyłam ze wzruszeniem, jak nierówno bije Jej zmęczone serce. Tyle lat biło z wielkiej miłości do nas! Miała umrzeć już przy moim narodzeniu, a dobry Bóg podarował nam w sumie 73 lata życia naszej Mamy. Bóle powoli ustawały. Matka Boża, która tak kochała wyjednała Jej łaskę świętej śmierci. O godzinie 15.34 spokojnie poszła do Królestwa Niebieskiego. Personel szpitalny towarzyszył z wielką dyskrecją i godnością. Mogliśmy zaraz wypełnić ostatnią wolę Mamy: „Gdy się dowiecie o mojej śmierci, to nie płaczcie; zapalcie świecę i zaśpiewajcie Te Deum za całe moje życie”...

Wielu kapłanów złożyło za duszę śp. Janiny dar Mszy świętej. Czterech sług ołtarza odprowadzało Mamę na ostatnią drogę do Domu Ojca. Była też delegacja Apostolstwa Rodziny Saletyńskiej ze sztandarem. Krewni, przyjaciele, sąsiedzi otoczyli mogiłę na rawickim cmentarzu. Wielu modliło się w swoich domach i innych kościołach. Bóg zapłać wszystkim za okazane serce. Nasza kochana Mama w godzinie odejścia ucieszyła się, gdy Jej obiecaliśmy, że będziemy tak żyć, jak nas nauczyła, wychowała. „Tak jest. To dobrze” – usłyszeliśmy jedne z ostatnich Jej słów. Proszę o modlitwę za Mamę i za nas, abyśmy ten testament dobrze wypełnili i byli gotowi iść na spotkanie z samą Miłością.
Iwona Józefiak ocv