Obrączka dla Pięknej Pani w Dębowcu

Obrączka dla Pięknej Pani w Dębowcu

Elżbieta i Stanisław są małżeństwem od 26 lat. Wychowują trzech synów. Daniel jest kapłanem i pracuje na pierwszej po święceniach parafii w Cieklienie, Paweł studiuje, a najmłodszy Bartek kończy gimnazjum. Oboje rodzice pracowali, by zapewnić byt rodzinie. Ona znalazła zatrudnienie w szkole w Trzebownisku, on prowadził firmę handlową. Kilka lat temu zamieszkali w nowo wybudowanym domu. Był czas na modlitwę, na odpoczynek, na pielgrzymki. Ela upodobała sobie Dębowiec. Pociągała ją Płacząca, Piękna Pani. Zaangażowała się w Apostolstwo Rodziny Saletyńskiej. Przyjeżdża wraz z koleżankami, by pomagać podczas wrześniowych uroczystości odpustowych. Niosły w precesji sztandar Apostolstwa. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że jej wiara zostanie wystawiona na próbę, że stanie przed Maryją ze łzami w oczach i będzie błagała o cud.

Staszek nie przejął się zbytnio skaleczoną nożem nogą. To stało się wtedy, gdy pomagał bratu. Jak powiadają – „do wesela się zagoi”, a w jego przypadku można powiedzieć: „Do prymicji Daniela...” Przyszły powikłania, które skomplikowały jego życie. Trzeba było zostawić firmę i pójść do szpitala. Potem długi pobyt w klinice w Warszawie. Jedna, druga i kolejna operacja. W sumie sześć zabiegów chirurgicznych w pełnej narkozie. Nie można było zlikwidować ponownego tętniaka, zagrażającego życiu. Nie pomogły autoprzeszczepy żył, nie pomogło wszycie naczyń z tworzywa sztucznego. Choroba coraz bardziej wyniszczała organizm i niweczyła wysiłki specjalistów.

Ela dobrze pamięta tamten, lipcowy dzień. Widziała załamanie na twarzy męża. Lekarz jej powiedział, że nogi już nie da się uratować. Zaznaczono ślad powyżej kolana. Dotąd trzeba amputować... Wtedy przyjechała do Dębowca. Nawet dzieci nie wiedziały, dokąd jedzie. Nie szukała nikogo ze znajomych; chciała być tylko z Matką. Wiedziała, że Ona ją przyjmie i wysłucha historii szeptanej przez łzy. A potem prośba o cud... Czy ma wiarę wystarczającą do uproszenia takiej łaski? Ale przecież to spojrzenie matczyne, takie ufne, takie dodające nadziei... i te wota rozwieszone w kilkunastu gablotach i ta złota korona na skroniach Pięknej Pani... Tyle ludzi prosiło tutaj Matkę Najświętszą o cudowną łaskę i pomoc. Jej Syn powiedział przecież: „Proście, a otrzymacie!”...

Staszek podpisał w Warszawie zgodę na amputację nogi. Rozmawiał z lekarzami podczas wizyty o planowanym zabiegu. Usłyszał tę rozmowę jeden z lekarzy. Nie był ze wszystkimi na sali. Dopiero co wrócił z praktyki w Stanach Zjednoczonych. Zainteresował się historią choroby pacjenta z południa Polski. Widział na własne oczy, jak w Ameryce leczą takie przypadki płynem immunologicznym, wprowadzonym specjalnie do naczyń krwionośnych. Może spróbować tej metody. Jest tylko jeden problem - choremu nie można już podać narkozy. Ale problemu nie było, bo Staszek zgodził się na kolejny zabieg bez żadnego znieczulenia. Leżąc na stole operacyjnym, modlił się najgoręcej jak potrafił, do Matki Boskiej Saletyńskiej o cud. Lekarz wkłuwał w jego chorą nogę specjalną, grubą igłę, ale nie mógł trafić w odpowiednie naczynie krwionośne. Z kolejnymi próbami malały szanse na wyleczenie. W końcu chirurg powiedział, że przykro mu, ale nic nie da się zrobić. Siostra instrumentariuszka zachęciła lekarza, by spróbował jeszcze raz, ostatni raz. I wtedy się udało!

Przyjechali do Płaczącej Matki w Dębowcu na wrześniowy odpust. Staszek podpierał się jeszcze dwiema kulami. Odmówiliśmy wspólnie na Kalwarii Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Kilka miesięcy później pod koniec stycznia, spotkaliśmy się w sanatorium w Iwoniczu. Chodził już o jednej lasce, a po domu zupełnie samodzielnie. Gdy koledzy wychodzili wieczorem na dłużej z pokoju, wtedy cieszył się, że zostaje sam. Wyłączał telewizor i brał do ręki różaniec. Nigdy nie przestanie dziękować. A i prosić jest o co. Myślał powoli o uroczystościach prymicyjnych najstarszego syna...

Opowiedział mi kiedyś, że nie ma swojej ślubnej obrączki. Dwadzieścia sześć lat temu przy ołtarzu Ela nałożyła mu ją na palec. Ściągnął ją sam, kiedy już wiedział, że nie zostanie kaleką, że będzie mógł chodzić. Dał tę obrączkę księdzu Andrzejowi Rozumowi - saletynowi z Rzeszowa i poprosił o przekazanie dla Pięknej Pani w Dębowcu.

PS. Świadectwo, które napisałam o Staszku, ukazało się w „Niedzieli Południowej” 3 lata temu. Staszek jest sprawny, samodzielnie pracuje, kieruje firmą, jeździ samochodem – Iwona Józefiak.