Pielgrzymka do Albanii

Pielgrzymka do Albanii

W lipcu 2011r. przeżyłam radość pielgrzymowania do Albanii, którą pragnę się podzielić z siostrami i braćmi z Apostolstwa Rodziny Saletyńskiej. W początkowych planach zamierzaliśmy odwiedzić miejsca związanie z życiem Matki Teresy z Kalkuty, ale okazało się ze względu na trzęsienie ziemi w rodzinnym mieście Matki Teresy, pozostało niewiele pamiątek. Postanowiliśmy jednak z księdzem Józefem – opiekunem naszej grupy – pojechać do Albanii. Pielgrzymka dostarczyła nam wielu wzruszających przeżyć. W sobotę wieczorem 17 lipca zapakowaliśmy niezbędne artykuły żywnościowe i sprzęty gospodarstwa domowego i wyruszyliśmy w stronę Węgier. O świcie przy blasku wschodzącego słońca, nad samym brzegiem Balatonu, dane nam było przeżywać niedzielną Eucharystię. Wtedy po raz pierwszy w życiu poczułam atmosferę , jakiej wielokrotnie doświadczali apostołowie i ci wszyscy, którzy pragnęli słuchać Chrystusa, kiedy przemawiał właśnie nad jeziorem. Nocleg zaplanowaliśmy w dolnej kondygnacji nowego kościoła w Derewencie, na terenie Bośni i Hercegowiny. Po przybyciu na miejsce okazało się, że właśnie w tym dniu miała miejsce konsekracja odbudowanej ze zniszczeń wojennych świątyni. Kapłan, który niewątpliwie miał prawo być zmęczony po uroczystościach i przygotowaniach do nich, z radością dzielił się doświadczeniami minionego dnia. Opowiadał o przebiegu odbudowy zrujnowanego kościoła. Niesamowicie dotknęło mnie świadectwo tego księdza. Wspominał, że kiedy przydzielono mu ową parafię pod wezwaniem św. Jerzego i zlecono odbudowę kościoła, pierwsze, co uczynił, to podszedł do ocalałej figury świętego Jerzego i zawarł przymierze. Powiedział: ,,Ja ułożę pieśń ku Twojej czci i będę Ci codziennie śpiewał, a Ty pomóż mi wznieść te świątynię”. Biorąc po uwagę fakt, że w krótkim czasie garstka wiernych odbudowała ten piękny kościół, nie mam wątpliwości, że to owoc ufnej współpracy kapłana i świętego Jerzego. Dane nam było usłyszeć tę dźwięczną pieśń, którą proboszcz dalej będzie codziennie śpiewał jako dziękczynienie.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Medjugorje. Uczestniczyliśmy w Eucharystii i wieczornym nabożeństwie, które od trzydziestu lat odprawiane jest według tego samego schematu. O 4.00 rano (aby uniknąć upału i tłumu) wspinaliśmy się na Górę Krzyża. Udało nam się zabezpieczyć przed upałem, ale nie przed tłumem. Na tej górze na długo przed świtem i po zmroku zawsze można spotkać pielgrzymów odprawiających drogę krzyżową. Podobnie jest na Górze Objawień. We wspólnocie Cenacolo wysłuchaliśmy świadectwa, jak skutecznie można wyjść z życiowych uzależnień za pomocą modlitwy i pracy. Po przejechaniu malowniczej Czarnej Góry, dotarliśmy do Albanii. Już niedaleko granicy przeżywamy niepokój o autokar i nasze bezpieczeństwo. Odnosimy wrażenie, że nie utrzymamy się na wąskiej i delikatnie mówiąc, bardzo zużytej drodze. Po przekroczeniu granicy nie jest wcale lepiej. Na szczęście docieramy cali i zdrowi na miejsce, jedynie z uszkodzonymi drzwi, ale z tą usterką nasz kierowca sobie poradził. Powitaliśmy polskiego franciszkanina O. Włodzimierza, który przez kolejne trzy dni wtajemniczał nas w albańskie obyczaje i tajniki swojej misyjnej pracy. Następnego dnia po śniadaniu, nasza grupa wraz z O. Włodzimierzem miejscowymi autami udała się w góry do odległej o trzy godziny drogi wioski misyjnej na uroczystość I Komunii Świętej. Myśli kłębiły się w głowie. Skoro nasz autokar nie może jechać, to znaczy, że jest tam trudno i niebezpiecznie. Ale przecież ojciec misjonarz tam jeździ... Z uczuciem lęku i ciekawości zajęliśmy miejsca w samochodach. Dominowała radość, ale po chwili dotarło do nas, że nasze życie i bezpieczeństwo zależy teraz od umiejętności miejscowych kierowców. Wąska kamienista droga, bez zabezpieczeń i niekończące się serpentyny. Wszyscy odmawialiśmy różaniec i nikt nie zgrywał chojraka. W południe dotarliśmy do celu. Po wyjściu z samochodu rozglądałam się bezskutecznie za wieżyczką kościoła, gdzie miała się odbyć uroczystość. Kościoła nie było. Na polanie, na prymitywnych ławeczkach i kocykach siedzieli wierni. Nagle zauważyłam małą, drewnianą i mocno wysłużoną kapliczkę. W tle szczyty gór, nad głowami błękit, pod stopami zieleń. Słychać chór miejscowych ptaszków. Gdybym musiała podjąć decyzję, że z pośród 330 zdjęć z tej pielgrzymki mogę zostawić sobie tylko jedno to, wybrałabym właśnie tę kapliczkę. Była niewątpliwie skromniejsza od betlejemskiej stajenki i chyba to sprawiło, że odprawiona w niej Eucharystia, była dla mnie wyjątkowym, niepowtarzalnym przeżyciem. Łzy wzruszenia mieszały się z łzami radości. Przed Mszą św. mężczyźni śpiewali różaniec. Starsze kobiety w czarnych sukienkach i białych chustkach na głowie zajęły miejsce na trawniku. Dzieci pierwszokomunijne były skromnie ubrane w białe koszule i bluzeczki oraz czarne bądź dżinsowe spodnie i spódniczki. Po uroczystości wspólne zdjęcie, a na pamiątkę każde dostało obrazek Jezusa Miłosiernego. Jeszcze przez chwilę trwaliśmy w tej radosnej atmosferze, oglądając występy dzieci i na przemian śpiewając pieśni. Przed nami jeszcze jedna atrakcja. Zostaliśmy zaproszeni do albańskich rodzin na przyjęcie i poczęstunek. Mamy okazję doświadczyć Albanii od kuchni i poznać częściowo obyczaje. Jest to kraj zdecydowanie muzułmański, a prześladowania chrześcijan zakończyły się dopiero niedawno. Za chrzest groziła śmierć. Wiara przetrwała dlatego, że ci ludzie nigdy nie zeszli z gór. Niektórzy z miast uciekli i przyszli do nich. Jedynym majątkiem była krowa, czy koza i węzełek odzieży. Przyzwyczaili się do takiego życia. Żyją skromniej od nas, ale są radośniejsi i nigdzie się nie spieszą. Jesienią robią w mieście niezbędne zakupy, bo drogi podczas zimy są nieprzejezdne. Często chorzy umierają wtedy z błahych powodów, ponieważ nie można do szpitala i lekarza. Zawsze jest coś za coś… Moje spostrzeżenia z tej wyprawy potwierdzają wcześniejsze obserwacje, że cywilizacja i dobrobyt nie są gwarancja naszego szczęścia. Myślę, że żadne biuro podróży nie zafundowałoby mi podobnych wrażeń, co ów niesamowity Misjonarz.

Wasza siostra Teresa z Otmic