Pielgrzymka na La Salette

Świadectwo z pielgrzymki do La Salette
(26.06-5.07.2010)

Przed wielu laty urzekła mnie Płacząca Pani i historia Jej objawienia na La Salette. Od tamtej pory sanktuarium w Dębowcu – polskie La Salette stało się dla mnie miejscem szczególnym, miejscem spotkania z Matką, do którego przyjeżdżam, kiedy tylko mogę. Może kiedyś pojadę na La Salette – marzyłam. Pojedziesz – odpowiedział ktoś – jeśli Cię Maryja tam zaprosi. Czekałam więc cierpliwie.

W ubiegłym roku zadzwoniłam do siostry Iwonki Józefiak z życzeniami imieninowymi. – Jedziemy w przyszłym roku do La Salette – usłyszałam w słuchawce i już wiedziałam, że jest to zaproszenie na które czekałam od lat. – Jadę – odpowiedziałam bez chwili wahania i podskoczyłam do góry jak dziecko.

Nadszedł dzień wyjazdu. Poranna Msza święta w Dębowcu rozpoczyna nasze pielgrzymowanie. W głowie natrętna myśl, która często towarzyszy mi przed wyjazdem – czy aby czegoś ważnego nie zapomniałam zabrać? Pan Jezus odpowiada mi w czytanym Słowie, aby nie troszczyć się o jutro, bo jeśli Jemu zaufamy, On zatroszczy się o wszystko co nam potrzeba. Jaka to ulga!!! Wyjeżdżamy bardzo wygodnym, nowoczesnym autokarem. Jedzie z nami dwóch kapłanów: ks. Józef Wal – dyrektor ARS-u, mianowany proboszczem naszej parafii na kółkach i ks. Józef Fila – duszpasterz z Trzebosi oraz siostra Iwonka – super przewodniczka. Jedzie również pilot z Krakowa – p. Andrzej.

Przybywamy do Ars, miejsca gdzie żył, posługiwał św. Jan Maria Vianney. Ten Święty jest mi szczególnie bliski. Patrzę na skromny kościółek w którym odprawiał Msze święte, udzielał sakramentów, a szczególnie na konfesjonał, w którym spowiadał korzystając z wyjątkowego daru Bożego – czytania w duszach ludzkich. Wyobrażam sobie tłumy ludzi stojące w tym miejscu, oraz charakterystyczną, pewnie zmęczoną, ale radosną twarz kapłana, męczennika konfesjonału, Bożego szaleńca. Potem oglądamy jego mieszkanie, jakże ubożuchne, ubrania, szaty liturgiczne, a jego ciało leży sobie grzecznie w szklanej trumnie pod ołtarzem i spokojnie czeka na dzień zmartwychwstania. Serce moje śpiewa żarliwą modlitwę: święty Janie, patronie kapłanów, módl się za moim synem księdzem, za kapłanami których noszę w sercu oraz wszystkimi na całym świecie. Podczas Eucharystii mam zaszczyt uczestniczyć w poczcie sztandarowym.

Następnego dnia nasz autokar spina się w górę, w niebosiężne Alpy. Towarzyszy nam piękna pogoda i przepiękne widoki. Szczęśliwie dojeżdżamy do stóp góry Planeau, gdzie 164 lata temu Melania i Maksymin paśli krowy niczego się nie spodziewając. Było to dosyć dawno, ale patrząc na tamtejsze zbocza górskie odnosi się wrażenie, jakby to było dzisiaj. Takie same góry, taka sama roślinność, nawet krowy widzieliśmy po drodze zapewne takie same jak wtedy. Tylko gdzie jest Piękna Pani? O jest! Siedzi sobie na kamieniu i czeka na mnie, na ciebie, na każdego z nas. Podchodzimy do Niej bardzo blisko. Ksiądz przewodnik opowiada historię zjawienia. Przecież tyle razy ją słyszałam w Dębowcu, czytałam, słuchałam z kasety, ale w tym miejscu, w miejscu objawienia słowa te brzmią inaczej, bardziej autentycznie.

Całe opowiadanie księdza jest jakby relacją naocznego świadka. Odnoszę wrażenie, że wszystko to wydarzyło się niedawno, może wczoraj a może nawet dziś rano, więc tylu ludzi przybyło, aby zobaczyć to miejsce. Wcześniej wyobrażałam sobie, że wokół figur będą rosły jakieś specjalnie wyhodowane kwiaty, rabaty, kunsztowne wiązanki, a tu nic podobnego! Tu wszystko jest wyjątkowo naturalne, wręcz surowe. Figury z brązu przedstawiające Maryję i dzieci są piękne. Stoją na trawie wśród różnobarwnych polnych kwiatów. Można podejść bardzo blisko. Podchodzę więc i pytam Maryję dlaczego płacze? Piękna Pani wstaje, chce ze mną rozmawiać. Staję więc obok Melanii i Maksymina, u stóp naszych leży pies Lulu i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy. Był to wyjątkowy dialog, którego nigdy nie zapomnę.

Dzięki Ci Panie za tę łaskę. Na La Salette jesteśmy calutki dzień, w tym dwie noce. Warunki są bardzo dobre, jedzenie też, atmosfera radosna i przyjacielska. Wspólna Eucharystia, Droga Krzyżowa, wyjście w góry, wieczorna procesja z lampionami, nawiedzenie cmentarza saletyńskiego, prywatne modlitwy i wiele innych zdarzeń, które utrwalam w pamięci i na fotografiach. Rankiem delikatnie zjeżdżamy w dół, niemalże zsuwamy się. Do widzenia Mateńko! Zaproś mnie jeszcze kiedyś, proszę! W bagażu wiozę bukiecik polnych kwiatów ze wzgórz saletyńskich. Postawię je w moim pokoju przy figurce płaczącej Matki.

Następnego dnia kłaniamy się wraz ze świętą Bernadettą Mateczce w Lourdes. Znowu niezapomniane przeżycia: modlitwa przy Grocie, procesja z chorymi, wyjątkowa Droga Krzyżowa, adoracja Najświętszego Sakramentu, woda uświęcona wiarą itp.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na Lazurowym Wybrzeżu. Podziwiamy piękne krajobrazy, robimy zakupy i odpoczywamy opalając się i kąpiąc w Morzu Liguryjskim którego woda jest cieplutka i czyściutka. Fajnie!

Do domu wracam późno w nocy. Rano, po przywitaniu się z rodzinką, zanim zaczęłam opowiadać wrażenia z pielgrzymki, pokazują mi malutkiego pieska którego mąż przyniósł do domu. Jak go nazwiemy ? – Oczywiście Lulu – odpowiadam, bo tak właśnie nazywał się piesek Maksymina, chłopca który wraz z dziewczynką Melanią paśli krowy wśród alpejskich gór i nagle ujrzeli... Historia ta nigdy się nie kończy, bo Piękna Pani ciągle ją kontynuuje - ale już z tobą, ze mną, z nami. Czy nadal płacze? Jeśli tak, to zapytaj - dlaczego i posłuchaj, co ma ci dzisiaj do powiedzenia!
Elżbieta z Trzebowniska