Z Dębowiecką Królową na szwajcarskiej ziemi

Z Dębowiecką Królową na szwajcarskiej ziemi

Chcę opisać wspomnienia związane z Matką Bożą Saletyńską, a konkretnie jeden dzień – niedzielę 22 lipca 2007r. Rano wyjechałam z Genewy pociągiem na wycieczkę w góry i jako lekturę na podróż wzięłam „Dębowiecką Królowę”. Książka bardzo pięknie napisana. Usiadłam na ławce na wprost najwyższego szczytu i czytałam. Wydawało mi się, że jestem u Was, jakbym osobiście była w środku tych zdarzeń z historii sanktuarium. Niestety, czas odjazdu pociągu z góry się przybliżał i książka się skończyła, więc trzeba było wracać.

Przyjechałam do domu w sam raz na szwajcarski dziennik telewizyjny, gdzie w pierwszych wiadomościach podano o wypadku polskiego autokaru z pielgrzymami, o 26 zabitych i 24 rannych plus na ekranie spalony wrak. Dlaczego właśnie w tym dniu czytałam książkę o Matce Bożej z La Salette, dlaczego wybrałam ją na drogę z ponad tysiąca bardzo wartościowych książek, które mam w domu i niektórych pewnie nie zdążę przeczytać do końca życia? Dlaczego czytałam ją w momencie, kiedy około 200 km ode mnie spadał autobus w przepaść?

Muszę powiedzieć, że zanim przyjechałam do Dębowca, nie wiedziałam wiele o Matce Bożej Saletyńskiej, ale odkąd tam byłam i przeczytałam tę książkę, stała się dla mnie bardzo bliska. Od 25 lat żyję w Genewie, którą nazywają „Rzymem protestanckim”. Tutaj znaleźć jakąkolwiek figurę Matki Bożej nawet w kościołach katolickich jest trudno. Nauczyłam się rozmawiać z Panem Bogiem bezpośrednio, ale pobyty w Polsce i w Dębowcu – rodzinnej miejscowości mego dziadka prof. Stanisława Pawłowskiego, zawsze ożywiają mój kult do postaci Matki Bożej i świętych.
Magdalena Maria Pawłowska