Wielkość łaski mierzymy siłą wiary

Wielkość łaski mierzymy siłą wiary

Mój sąsiad był człowiekiem z dużymi przeżyciami. Z domu nie wyniósł wychowania religijnego. Już w młodym wieku popadł w nałóg pijaństwa. Przez alkohol trafił do więzienia. Po pięciu latach, wyszedłszy z więzienia, wyjechał do PGR – u. Po śmierci rodziców wrócił do rodzinnego domu z żoną i czworgiem dzieci. Zatrudnił się w Spółdzielni Inwalidów w Jaśle. Sam bowiem też był inwalidą – miał krótszą nogę po wypadku na nartach, jeszcze z czasów dzieciństwa (okres okupacji). Tutaj też im się życie nie ułożyło. Przeszkodą był alkohol. W końcu żona wyjechała z trojgiem młodszych dzieci, zostawiając mu najstarszego syna. Żyli obaj w zgodzie, choć ojciec pił, a syn nie. Zwracałam na niego uwagę niejednokrotnie, gdy przechodził koło naszego ogrodu. Zawsze zdjął czapkę przed stojącą w tym ogrodzie kapliczką z figurą Matki Bożej Płaczącej. Robił to nawet wtedy, gdy szedł nietrzeźwy.

W 1993 roku zachorował bardzo poważnie. Został częściowo sparaliżowany; stracił mowę. Wiedziałam, że długie lata nie był u spowiedzi. Wobec otoczenia był zawsze grzeczny, uczynny, ale jego życie rodzinne... alkohol... przekleństwa... Poszłam więc do ówczesnego kapelana i poprosiłam go, aby chorego przygotował na śmierć. Sama wzięłam medalik z Matką Boską Saletyńską, przywiązałam do nitki kordonkowej i poszłam do szpitala. Od kapelana dowiedziałam się, że chory został rozgrzeszony, ale Komunii św. nie otrzymał, bo nic nie był w stanie przełknąć i karmiono go tylko kroplówką. Poszłam więc do chorego i widziałam, jak się ucieszył z mojej wizyty. Rozumiał, co do niego mówiłam. Wyjęłam medalik, założyłam mu na szyję i powiedziałam: Mundek, masz tu medalik Matki Bożej Saletyńskiej. Ja wiem, żeś ty pijak, przeklętnik, ale ja widziałam, że zawsze Jej się ukłoniłeś, nawet, gdy szedłeś nietrzeźwy. Jeżeli uwierzysz, to ci Matka Boża pomoże.

Nie obiecywałam mu wyzdrowienia, nikt mnie do tego nie upoważnił – ale ponieważ sama niejednokrotnie doznałam pomocy Matki Bożej, więc i jemu obiecałam pomoc – gdy naprawdę uwierzy. Podziękował bladym uśmiechem.

W niedługim czasie wypisano go ze szpitala. Paraliż gardła ustąpił całkowicie; mówił i jadł. Nie upijał się już więcej i nie słychać było w jego domu przekleństw. Medalik nosił na szyi do śmierci. Żył jeszcze 7 lat. Zmarł w szpitalu w roku 2000.
Janina z Jasła