Zwycięstwo zaczyna się od modlitwy

Zwycięstwo zaczyna się od modlitwy

Kilka miesięcy temu wspominaliśmy 70-lecie męczeńskiej śmierci św. O. Maksymiliana Kolbego. Twórca Niepokalanowa i założyciel „Rycerstwa Niepokalanej” jest nam bardzo bliski przez swoje żarliwe umiłowanie Matki Najświętszej i gorące nabożeństwo do Niej. Pragnął wszystkich zgromadzić i uświęcić pod sztandarem Niepokalanej. Zachęcał, aby każdy osobiście uczynił akt dobrowolnego oddania się Matce Bożej i pragnął być posłusznym narzędziem w Jej dłoniach. Marzył o tym, aby umrzeć po rycersku i żeby jego prochy zostały rozrzucone na cztery strony świata. To pragnienie w sierpniu 1941 r. stało się rzeczywistością. Zasłynął na cały świat z heroicznego aktu oddania życia w obozie oświęcimskim za Franciszka Gajowniczka, który skazany wraz z dziewięcioma innymi więźniami na śmierć głodową, głośno rozpaczał, że nie zobaczy już żony i dzieci. Św. Maksymilian nie znał go bliżej, ale nie zawahał się pojść na śmierć, aby ocalić ojca rodziny. Dzięki świadectwu, jakie złożył Bruno Borgowiec – pomocnik pisarza i tłumacz w podziemnych bunkrach 11 bloku w Oświęcimiu, znamy ostatnie chwile Szaleńca Niepokalanej: „Z celi, w której znajdowali się biedacy, słyszano codziennie głośne odprawianie modlitw, różańca świętego i śpiewy, do których się też więźniowie z sąsiednich cel przyłączyli. Gorące modlitwy i pieśni do Matki Najświętszej rozlegały się po wszystkich korytarzach bunkra. Miałem wrażenie, że jestem w kościele. Przewodniczył Ojciec Maksymilian, a następnie chórem odpowiadali więźniowie. Niejednokrotnie byli tak zatopieni w modlitwie, iż nie słyszeli nawet, że przeprowadzający inspekcję esesmani zeszli do bunkra i dopiero na głośne krzyki esesmanów, głosy zamilkły…. Po czterech dniach zaczęli powoli umierać skazani na śmierć w bunkrze głodowym. Wobec tego, że byli bardzo osłabieni, modlitwy odbywały się już teraz tylko szeptem. Przy każdej inspekcji widziano Ojca Maksymiliana Kolbego, gdy już prawie wszyscy inni leżeli na posadzce, jak stojąc lub klęcząc w środku z pogodnym wzrokiem wpatrywał się w przybyszów. Dla esesmanów, którzy zaglądali do owego bunkra, był to wprost wstrząs psychiczny. Tak upłynęły dwa tygodnie. Pozostało jeszcze tylko czterech, wśród nich także Ojciec Maksymilian Kolbe. Wydawało się to władzy za długo, cela była potrzebna do nowych ofiar, toteż przyprowadzili kierownika izby chorych, Niemca, który każdemu dawał zastrzyki kwasu karbolowego w żyły lewej ręki. Ojciec Kolbe z modlitwą na ustach sam podał ramię katowi. Nie mogąc się przyglądać, wyszedłem z tego miejsca. Zaraz po wyjściu esesmanów z katem, powróciłem do celi, gdzie znalazłem Ojca Maksymiliana w pozycji siedzącej, opartego o tylną ścianę, z oczyma otwartymi i z pochyloną głową na bok. Więźniowie chcieli ze względu na niezwykły szacunek wykraść zwłoki Ojca Kolbego i pochować je w osobnym miejscu, ale było to niemożliwe w warunkach obozowych. Franciszek Gajowniczek wspominał, że na drugi dzień, 15 sierpnia, ciało Ojca Maksymiliana spalono w krematorium nr 1, jak o tym mówił cały obóz”.

Nie byłoby jednak takiego finału życia Ojca Maksymiliana, gdyby wcześniej zabrakło w jego życiu modlitwy. Modlił się jako chłopiec, jako uczeń, nowicjusz i kleryk. Modlił się jako rzymski student, jako kapłan i misjonarz. Modlił się jako więzień. On po prostu zawsze się modlił. Im więcej było pracy i to coraz bardziej wyczerpującej i odpowiedzialnej, tym więcej się modlił. Im więcej widział zagrożeń w świecie i Kościele, tym goręcej błagał Niepokalaną o pomoc i więcej czasu spędzał na kolanach. Trzeba nam nie tylko podziwiać św. Maksymialiana, ale tak on – stawiać sobie coraz większe wymagania w dziedzinie modlitwy.

Latem przyjechali do dębowieckiego Sanktuarium Matki Bożej Płaczącej szczególni pielgrzymi. Kilka osób, takie rodzinne pielgrzymowanie. W jednym domu wielkie długi. Gdy mąż nie miał pracy, a przecież trzeba było jakoś żyć, bezradna żona zaciągała kredyty. Potem wszystkie banki zażądały spłat, straszyły sądem, komornikiem. Powiększał się strach, bezradność aż do pokus samobójczych włącznie. W drugiej rodzinie pieniądze były, bo mąż dopiero co powrócił z pracy za granicą. Ale z przerażeniem zobaczył, że utracił więź z rodziną. Zupełnie nie potrafił się odnaleźć jako ojciec dorosłych dzieci, a w dodatku za parę tygodni miał zostać dziadkiem. Jednych i drugich przerosła trudna codzienność. Wtedy zadzwonili, że przyjeżdżają do Matki Płaczącej. Jeszcze się dobrze nie rozpakowali, a już prosili o kontakt z kapłanem, o możliwość dłuższej rozmowy i spowiedzi. Nazajutrz zobaczyłam całą czwórkę moich bliskich, jak z różańcem w dłoniach klęczeli przed cudowną Figurą Zapłakanej Matki. Pomyślałam wtedy, że wyjdą ze swoich kryzysów, Matka Najświętsza im dopomoże, uratuje, uzupełni swoim wstawiennictwem u Syna ich modlitwę.

W sierpniu odwiedziłam zaprzyjaźnioną rodzinę w Poznaniu. Siedzieliśmy długo przy herbacie, ale około 2330 Grażyna przeprosiła, że musi odejść, bo została jej jeszcze jedna część różańca do odmówienia. Potem wyjaśniła, że odkąd najstarsza córka pojechała na praktykę do Grecji i tam się okazało, że przez parę miesięcy będzie żyła na jednej z wysp bez możliwości korzystania z sakramentów świętych, postanowiła umocnić, zabezpieczyć jej duszę Nowenną Pompejańską, czyli przez 54 dni odmawiać trzy części różańca w intencji córki. Było to dla mnie bardzo budujące świadectwo i pomyślałam, że jeśli matka pięciorga dzieci da radę, to tym bardziej ja – katechetka i dziewica konsekrowana powinnam modlić się w intencji wszystkich moich uczniów i dzieł, w których posługuję. Cieszę się, że za łaską Bożą podejmuję już drugą tego typu Nowennę. Widzę, jak zły duch jest z tego bardzo niezadowolony i jak szuka różnych sposobów, by mnie atakować i zniechęcać do różańca.

Święty Ojcze Maksymilianie, naucz nas dobrej modlitwy. Codziennej, ufnej, pokornej i wytrwałej. Naucz nas iść do Boga przez codzienne życie z imieniem Niepokalanej na ustach, z Jej medalikiem na szyi, z Jej różańcem w ręku. Naucz nas dobrze żyć, byśmy kiedyś umieli dobrze umrzeć.

Iwona Józefiak OCV