Żywy obraz prawdziwej chrześcijanki

Żywy obraz prawdziwej chrześcijanki
Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za przesyłki z Dębowca. Czuję się znośnie, ale prowadzę siedzący tryb życia, prawie nie chodzę, ale za wszystko dziękuję Panu Bogu. Posyłam notatki, jakie napisał ks. Kazimierz Gogola – mój szwagier, brat mojego męża. Ksiądz Kaziu błogosławił nasz ślub, potem sprawował Mszę św. Jubileuszową, kiedy wraz z mężem Piotrem dziękowałam za 25 lat małżeństwa.   Napisał to wspomnienie o swojej Mamusi, która była też moją Teściową. Dzielę się tym pięknym świadectwem o Matce Kapłana 
 
– Wiktoria Gogola z Olszyn  
 
 
„Moja Matka odeszła już do Pana, by odpocząć od prac swoich. Mam nadzieję, że dobry Bóg dał jej miejsce pokoju, światłości i odpoczynku, bo za swego ziemskiego życia nigdy nie odpoczywała. Każdy jej dzień był wypełniony po brzegi modlitwą i pracą dla drugich. Chociaż nie była w Zakonie, żyła regułą zakonną św. Benedykta; modliła się dniem i nocą, praktycznie stosowała w swoim życiu jego hasło: „Ora et labora” (Módl się i pracuj). Dla jednego z synów wybrała też jego imię. Nosiła imię Weronika i w swoim życiu duchowym realizowała na co dzień żywy obraz prawdziwej chrześcijanki. Zawsze cicha, cierpliwa, zapobiegliwa, rozmodlona i zapracowana. We wszystkim poddana woli Bożej, ufna w Jego pomoc i opiekę. Nigdy nie narzekała na swoje obowiązki, prace, krzyże, cierpienia, czy niedostatek. W trudnych warunkach materialnych wychowywała dziesięcioro dzieci – dwie córki i ośmiu synów. Dzieci przychodziły na świat co dwa lub trzy lata w okresie od 1920 do 1942 roku. Były to lata kryzysu gospodarczego, bezrobocia, a później lata okupacji wojennej. Dla niej były to lata ciągłej pracy i wypełniania macierzyńskich obowiązków. Troska o wyżywienie, mieszkanie (lepianka z gliny), odzienie i wykształcenie, które wszyscy otrzymali, wymagały wiele wysiłku ze strony niezamożnych rodziców i spędzały im sen z powiek. Dochód z drobnego gospodarstwa był nieproporcjonalnie mały w stosunku do wydatków na zaspokojenie choćby najważniejszych potrzeb życiowych tak licznej rodziny. Z oszczędności dzielono zapałki na dwie części, brak było odzieży, obuwia, a niekiedy i chleba. Siłę do przetrwania z żywej wiary w Opatrzność Bożą, z Eucharystii i ze wspólnej modlitwy. Przewodniczył zwykle Ojciec, czasem Matka, a po jego śmierci w 1960r. Mama modliła się z tymi, którzy pozostali przy niej. Przed obiadem i kolacją na stojąco odmawiano Anioł Pański i modlitwę przed posiłkiem. Po kolacji w postawie klęczącej odmawiano wspólnie cząstkę Różańca, Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa i Litanię Loretańską. Następnie śpiewano religijne pieśni z przypadającego okresu roku liturgicznego. Repertuar pieśni był bardzo szeroki i urozmaicony. Po zakończeniu wspólnej modlitwy rodzinnej i ostatniej pieśni: „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, każdy jeszcze odmawiał swe prywatne modlitwy w milczeniu. Modlitwę poranną każdy odmawiał indywidualnie. Codziennie też rano śpiewano w domu Godzinki do Najświętszej Maryi Panny, a w Wielkim Poście godzinki o Męce Pańskiej, które Ojciec własnoręcznie przepisał. W niedziele po południu, ci, którzy zostawali w domu śpiewali Gorzkie Żale. 
Żywa wiara Matki w skuteczność modlitwy przejawiała się w jej praktykach religijnych. Po wykonaniu prac kuchennych i gospodarskich, często w godzinach popołudniowych wchodziła do izby i modliła się z wielką pobożnością. Odprawiała adorację Najświętszego Sakramentu, leżąc czasem krzyżem na podłodze lub klęcząc ze wzniesionymi rękami. Często rozmyślała, posługując się ulubionym modlitewnikiem – „Książką Misyjną” Ojców Redemptorystów, których co roku odwiedzała w Tuchowie z okazji Odpustu. Jej duch modlitwy głęboko zapadł mi w pamięci i jeszcze dziś, po tylu latach nauki i praktyki, więcej mnie uczy jej przykład niż najlepsze praktyki ascetyczne. Modlę się do Ducha Świętego o taki dar Pobożności. 
Życzeniem Matki było, aby każdego dnia ktoś z domowników był obecny w kościele na Mszy św. Najpierw ona sama dawał nam przykład. Mimo małych dzieci i tylu zajęć domowych, wstawała wcześnie rano, by przygotować śniadanie udającym się do szkoły i prawie codziennie szła do kościoła, około pół godziny drogi, często  błotnistej, by wziąć udział we Mszy św. i przyjąć Komunię św. Tu czerpała siłę i moc do codziennych obowiązków. Z kościoła wracała zwykle z pośpiechem, szła zaraz do pracy w gospodarstwie i w polu. Żadna praca na roli nie była jej obca. W porze zimowej obrabiała i przędła len na okrycie dla domowników. Szyła, prała bieliznę, prasowała, cerowała często w sobotę do północy, myła, sprzątała, gotowała, piekła chleb. Prowadziła hodowlę inwentarza i drobiu, by było własne mleko i omasta, a jajka na kuchenne i szkolne wydatki. Nie studiowała ekonomii, a potrafiła wszystkich obdzielić według potrzeb, nie tylko domowników, ale i biednych, proszących o jałmużnę. Żaden nigdy nie odszedł z pustymi rekami, a takich pod koniec wojny było po kilku codziennie, zwłaszcza spośród wysiedlonych z poznańskiego. Udając się na targ z odchowanym drobiem, lepsze sztuki zanosiła w darze dziękczynnym do klasztoru w Bieczu lub w Tuchowie. Była raz z tym zabawna przygoda. Na postoju pod młynem w Siepietnicy, kogutki z kosza wyfrunęły, była łapanka, ja byłem w nagonce i miałem nieprzewidzianą kąpiel w strumyku. Matka pracowała często po 18 godzin na dobę. Pierwsza wstawała, a ostatnia kładła się spać. Nieraz ze znużenia zasypiała przy cerowaniu. W sobotę wieczorem, zapalała przed obrazem Matki Bożej lampkę napełnioną tłuszczem i przy jej świetle kończyła swoją tygodniową pracę i modlitwę. Światła elektrycznego nie było, świecono oszczędnie naftą. Napełniła również paliwem lampkę do świecenia przed Najświętszym Sakramentem. Matka nie miała nigdy urlopu wypoczynkowego, nie wyjeżdżała nigdy na wczasy, nie miała czasu na rozrywki i wolne chwile dla siebie. Jak żywa  pochodnia spalała swe siły na ołtarzu ofiarnym dla Boga i bliźnich.  Troskliwie wychowywała dzieci do  chrześcijańskiego życia, pouczała nie tylko słowami, ale przykładem. Uczyła modlitwy i wyjaśniała prawdy wiary, przygotowywała nas do I spowiedzi i Komunii św. Od najmłodszych lat przyuczała do wyrzeczeń, ofiar i poświęcenia. Nas – chłopców budziła wcześnie rano, byśmy szli służyć do Mszy św. jako ministranci. Dbała o to, by każdy z nas miała własną książeczkę do modlitwy, różaniec i medalik na sobie. Do tej pory noszę pamiątkowy medalik otrzymany od Mamy w latach szkolnych. 
W I piątki z reguły cała rodzina przystępowała do sakramentów św. Było to jakby święto w rodzinie poświęconej  Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Posty piątkowe były zawsze ściśle przestrzegane. Często rezygnowano z omasty, a w niektóre dni poszczono i od nabiału. Na brak apetytu nikt nigdy nie narzekał z tym nigdy Matka nie miała zmartwienia, choć tyle dzieci wychowała. Nasza Matka była przez całe życie abstynentką od wszelkich napojów alkoholowych. Nie wzięła kropli do ust, mimo, że ją do tego nieraz namawiano na weselnych przyjęciach czy innych uroczystościach. Przez to była dla nas wzorem i przykładem silnej woli i stanowczości. Za to jesteśmy jej wszyscy wdzięczni  i nikt z rodzeństwa nie jest obciążony nałogiem picia alkoholu czy palenia. 
Dziś z perspektywy przeżytych lat, coraz jaśniej dostrzegam, że łaska powołania do kapłaństwa jest niezasłużonym darem danym od Boga, ale wyproszonym również przez modlitwę moich drogich i pobożnych Rodziców, przez ich ofiary, wyrzeczenia, trudu znoszone dla wypełnienia woli Bożej, zawartej w ich rodzicielskich obowiązkach. Oni uczestniczyli za życia w powszechnym Kapłańskie Chrystusa. 
Moja Matka przeżyła na ziemi 70 lat. Chociaż odeszła już do wieczności, żyje w naszej wdzięcznej pamięci, żyje w naszych myślach i nadziejach płynących z wiary w nieśmiertelność, którą nam przekazała za życia. Za jej chrześcijańską postawę pełną żywej wiary i wielkiej ofiary, którą na co dzień składała Bogu przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie. Niech dobry i miłosierny Bóg da jej odpoczynek i radość wieczną.  
 
- Ks. Kazimierz Gogola,
07.05.1979r. – 10-ta rocznica  śmierci mojej Matki