List Religijny nr 4/2015

Drodzy Czciciele Matki Bożej Saletyńskiej! 

Czas wakacji sprzyja wyjazdom, połączonym z wypoczynkiem i zwiedzaniem ciekawych miejsc w kraju i za granicą. My także chcemy w tym liście zaprosić Was w daleką podróż – na Madagaskar. Podążymy szlakiem kilkunastu misjonarzy saletynów, którzy pojechali na tę wyspę u wybrzeża Afryki, ale nie była to pielgrzymka w egzotyczne kraje, tylko ciężka, ofiarna, nierzadko niebezpieczna praca. Pierwszym polskim saletynem, który rozpoczął apostolską posługę wśród Malgaszy był ks. Józef Ryma MS.
Jego powołanie rozpoczęło się w Puźnikach, gdzie uczył się w małym seminarium. Do Dębowca przybył już jako ksiądz w roku 1922 i rozpoczął przygotowania do wyprawy misyjnej. Rok później wyjechał na Madagaskar, gdzie z gorliwością i poświęceniem pracował 13 lat. Ofiarował swój wyjazd na wyspę w intencji powołań saletyńskich. Odwiedzał wioski w buszu, posługiwał prostym ludziom, opatrywał ich rany, modlił się z nimi i nauczał. Przysyłane do Polski listy i zdjęcia publikowano w „Posłańcu Matki Boskiej Saletyńskiej”. Ks. Ryma chciał nie tylko przybliżyć życie Malgaszy i pracę misjonarza, ale także zachęcić innych do podjęcia takiej posługi. W roku 1935 wrócił chory do Dębowca. Miał nadzieję, że zaleczenie gruźlicy i malarii  pozwoli mu powrócić na wyspę, ale 19 stycznia 1936 r. Pan Bóg powołał go do wieczności. Ks. Józef Ryma zmarł w opinii świętości, ofiarując swoje życie w intencji nawrócenia ukochanych Malgaszy. Prosił, aby im to przekazano jako duchowy testament ich ojca. 
         Ziarno Ewangelii zasiane w czerwoną ziemię malgaską i w sercach jej czarnych mieszkańców, zaczęło owocować jeszcze za życia ks. Rymy i nadal przynosi duchowe owoce. Po trzech latach od przybycia Ks.Józefa Rymy MS, dołączył kolejny ochotnik, z Polski wychowanek małego seminarium w Dębowcu – ks. Jan Hełpa MS. Pełnił obowiązki wikariusza i ekonoma, a także dyrektora dystryktu misyjnego w różnych miejscowościach. W 1948r. wyjechał na misje do Argentyny, ale po siedemnastu latach wrócił na Madagaskar. Tam przebywał do śmierci w roku 1965. Jest pochowany na cmentarzu parafialnym w Ansirabe. O wielkości jego ofiary może świadczyć fakt, że w ciągu 60 lat posługi misjonarskiej nigdy nie zobaczył ojczystego kraju. 
    Przywołajmy postać kolejnego wielkiego misjonarza – ks. Władysława Czosnka MS. Świadectwo dojrzałości uzyskał w małym seminarium w Dębowcu. Tam też odbył studia filozoficzno-teologiczne w latach 1931-1937. Jego powołanie misyjne dojrzewało od dnia, kiedy w kościele parafialnym usłyszał kazanie o misjach zagranicznych. Jako kleryk był  w Dębowcu świadkiem choroby, śmierci i pogrzebu ks. Józefa Rymy MS. Na zawsze zapadły mu w serce słowa umierającego misjonarza: „Pójdę..., pójdę... tam... na Madagaskar”. Postanowił wypełnić to pragnienie swego współbrata. Wkrótce po święceniach wyjechał na Madagaskar i przebywał tam do końca życia. Zmarł w roku 1973. Jego ciało spoczęło w czerwonej, malgaskiej ziemi i tam oczekuje zmartwychwstania. Pokochał Malgaszy i ofiarował im 35 lat ofiarnego, kapłańskiego życia. Był tytanem pracy. Wybudował wiele kościołów i kaplic z niewypalanej cegły, z dachami pokrytymi słomą. Domy Boże były proste i ubogie, jak ubogie są domostwa  wiernych. Dla polskich misjonarzy opracował słownik polsko-malgaski. Zebrał wiele materiałów i napisał książkę o wielkim apostole trędowatych – O. Janie Beyzymie. Z radością powitał przyjazd swoich następców – ks. Mariana Sajdaka MS i br. Alojzego Świadka, który jednak po śmierci ks. Władysława wyjechał na stałe do Francji. Ks. Czosnek żył i umarł jak święty. Nigdy nie przyjechał na urlop do Polski. Malgasze pamiętają o nim jako o gorliwym i świątobliwym misjonarzu, a jego mogiłę odwiedzają polscy prowincjałowie podczas wizytacji saletyńskich placówek na Madagaskarze.
W latach 1976-1992 do pracy misyjnej na Madagaskar udawali się następujący misjonarze saletyni: Ks. Ryszard Czeluśniak, ks. Jerzy Cisoń, ks. Stanisław Florczak, ks. Piotr Bonarek, ks. Jan Kaszuba, ks. Roman Nowak, ks. Leszek Podsiadło, ks. Henryk Kaszuba, ks. Adam Czerkiewicz i ks. Zbigniew Legęza. Niektórzy z nich ze względów zdrowotnych powrócili do kraju, inni pracują nadal. Matka Boża Płacząca ma tam wielu swoich czcicieli, kościoły, figury i miejsca kultu. Ks. Marian Sajdak MS już 45 lat wiernie realizuje misyjne powołanie na czerwonej wyspie. Priorytetem w jego posłudze jest troska o edukację dzieci i młodzieży. Ma w tej dziedzinie spore osiągnięcia, które docenia władza duchowna i państwowa. On też pragnie zostać pochowany pośród malgaskiego ludu, ale w przeciwieństwie do swoich poprzedników regularnie przyjeżdża na urlop do kraju. Jest to nie tylko  czas zasłużonego odpoczynku, spotkań z rodziną i przyjaciółmi, ale sposobność do rozbudzania świadomości misyjnej wśród rodaków i pozyskiwanie nowych sponsorów, którzy zechcieliby się włączyć w akcję duchowej adopcji malgaskiego dziecka lub objąć patronatem jedną ze szkół, które nieustannie potrzebują wsparcia. Poczytajmy na koniec fragment listu  ks. Mariana: 
„Ta wyspa mnie oczarowała, gdy po raz pierwszy stanąłem na niej 25 czerwca 1970 roku i czaruje dalej urokiem, niepowtarzalną przyrodą, niezmierzonymi przestrzeniami i ogromną sympatią ludzi. Wspólne przeżywanie radości, biedy i trudności  związało mnie z mieszkańcami i otworzyło drogę do drugiej Ojczyzny… Tu wszystko toczy się jakby inaczej, w zwolnionym tempie, a ludziom wystarczy poświęcić trochę uwagi i czasu, zainteresować się i po prostu być z nimi, aby stali się szczęśliwi, zadowoleni  i uśmiechnięci. Potrafią się cieszyć i dziękować Bogu za każdą najmniejszą rzecz i z odwagą znosić niesprzyjający i czasem przewrotny los…Trudno jest mówić o Madagaskarze, bo jak mówić o dziecku, które przymiera głodem, nie ma możliwości uczenia się, jak mówić o dorastających uczniach, którzy z powodu nie wyleczonej malarii w ciągu trzech dni po silnej gorączce schodzą z tego świata. Jak mówić o rodzinach pozbawionych prawie wszystkiego, o dzieciach bez słodyczy czy zabawek.. Dlatego jestem Wam, Drodzy Przyjaciele Misji, bardzo wdzięczny za systematyczną i bezinteresowną pomoc. Mogę powiedzieć, że to, co zrobiłem dobrego, że mogłem pomóc więźniom, dzieciom i ludziom w nieszczęściu to dzięki Wam, dzięki Waszej wspaniałomyślności i dobroci serca… Dzięki Wam, w tak niedługim czasie czy to w Miandrivazo, w Ambatolahy, czy obecnie w nowym dystrykcie Dabolava powstają nowe budynki szkolne i kościoły… Jestem zadowolony, ale czuję też, że czas ucieka, że trzeba coś więcej zrobić i pozostawić trwałe struktury, których Malgasze póki co nie są jeszcze w stanie sami stworzyć. Obecny mój problem to młodzież, która zdała maturę. Młodzi ludzie pragną kontynuować naukę w wyższych szkołach, to niestety wiąże się z wysokimi kosztami. Drogie jest nie tylko czesne, ale przede wszystkim mieszkanie i utrzymanie w większych miastach. Corocznie przez polskich ofiarodawców „adoptowane” są kolejne, nowe dzieci i przyjmowane do najmłodszych klas, aby w ten sposób dać im szansę uczenia się i pomoc biednym rodzinom. Wiem, Drodzy Przyjaciele, że trudno Wam sobie wyobrazić sytuację dzieci i rodzin, do których trafia wasza pomoc. Ich wdzięczność jest wielka, a  prosta modlitwa dzieci za darczyńców może wycisnąć łzę, gdy widzi się ich dziecięcą prostotę i emocje, gdy cieszą się i dziękują za najmniejszą nawet rzecz”. 
Może ten misyjny list ks. Mariana Sajdaka zawstydzi kogoś, kto nie umie się cieszyć  z tego, co ma i jest pełen pretensji i niezadowolenia. Może ktoś zechce złożyć ofiarę, aby wesprzeć ks.Sajdaka i misjonarzy pracujących na czerwonej wyspie. Wtedy prosimy na przekazie umieścić dopisek: Misje na Madagaskarze. Dziękujemy za wszelkie nadesłane ofiary, także te wspierające dębowiecki klasztor i Bazylikę Matki Bożej z La Salette. Serdecznie pozdrawiam w imieniu całej wspólnoty sanktuaryjnej z Dębowca.            Szczęść Wam Boże!
Ks. Franciszek Gutter MS