Miłosierna ciocia Ola

Miłosierna ciocia Ola

W 1962 r. w katastrofie samolotu zginął mój tatuś i osierocił szóstkę dzieci. Najstarszy Marek miał 20 lat, najmłodsza Ania – 9. Ja – czwarta w kolejności, kończyłam wówczas szkołę podstawową. Nasza mamusia po tej tragedii nie umiała się podźwignąć. Kolejnym ciosem była dla niej tragiczna śmierć syna Marka. Schorowana, zmarła w 1967 r. Ciocia Ola zaczęła się opiekować nami już po śmierci taty, a gdy zabrakło również mamy, wzięła nas do swego domu na poznańskich Ratajach i dbała prawie przez 50 lat. Razem z nami zamieszkała bratowa – żona Marka, z półrocznym synkiem. Dzięki opieki cioci i jej troski o nas, każdy skończył studia, otrzymał mieszkanie, posag i wszystko co było nam potrzebne od strony duchowej. 

A potem umarła cioteczna siostra cioci Oli. Został wdowiec – wujek Marian, z czwórką synów. Wujek często pojawiał się u cioci z prośbą o pomoc i radę w wychowywaniu swoich synów. I tak zaczęła się miłość cioci Oli i wujka Mariana. Pobrali się rok przed moim ślubem w 1971 r. Ciocia miała wtedy 49 lat. Troje synów wujka było już „na swoim”, a najmłodszy Andrzejek, miał pewnie 12-13 lat i zamieszkał w ciocinym domu, stając się częścią naszej rodziny. To dla Andrzeja choroba i śmierć cioci była zdecydowanie najboleśniejsza, bo dla niego była nie tylko ciocią, ale i matką przez  młodzieńcze i dorosłe życie. Mieszkał przecież w domu rodzinnym najdłużej, bo po ślubie zdążył się doczekać dwóch córek, zanim otrzymał mieszkanie. Potem i tak przyjeżdżał codziennie, bo wujek – jego ojciec był coraz starszy i wymagał dodatkowej opieki. Wujek dożył stu lat. Ciocia umarła w roku 2015, mając prawie 95 lat. Byli małżeństwem przez 44 lata.

Wszyscy tworzyliśmy jedną rodzinę, która rozrastała się o mężów, żony, dzieci, wnuki. Ciocia pamiętała imiennie o każdym dziecku, troszcząc się duchowo i finansowo o jego rozwój. Była w pełni sprawna, samodzielna i samowystarczalna. Prowadziła dom, kuchnię, ogród. Pomagaliśmy wszyscy przy dużych zakupach, kopaniu ogrodu, wyjściu do lekarza. Mieszkała w swym domku prawie do śmierci. Gdy odchowała naszą gromadkę i dom opustoszał, wynajmowała pokoje studentom, z którymi miała tak ciepły i serdeczny kontakt jak z nami. Opowiadała, że teraz studiuje z nimi rehabilitację, wytrzymałość maszyn, prawo i germanistykę. Całkiem niedawno odkryliśmy, że w czasie drugiej wojny światowej była czynnie zaangażowana w AK i otrzymała z tego tytułu trzy powstańcze medale. Po wojnie skończyła studia rolnicze. Do emerytury pracowała w biurze... Nie urodziła żadnego dziecka, ale na Dzień Matki odbierała życzenia od co najmniej dziesięciorga  „duchowych dzieci”. Zachorowała w maju, w święto Urszuli Ledóchowskiej, była kilka dni w szpitalu a potem prawie 3 tygodnie u mnie w domu, gdzie umarła 26 czerwca 2015 r. Prowadziłam w tym czasie coś w rodzaju elektronicznego pamiętnika, dzieląc się na bieżąco naszymi przeżyciami z przyjaciółką Betką. Fragmentami wysyłanych do niej e-maili pragnę teraz podzielić się z całą Rodziną Saletyńską. W Roku Miłosierdzia niech te zapiski staną się hołdem dla Miłosiernego Boga i dla naszej wspaniałej, pełnej miłosierdzia cioci Oli.

10.06. Początek choroby. Kochana Beatko, tak wiele się u nas zmieniło, że nie dałam rady pisać. Dwa tygodnie temu ciocia Ola zaczęła umierać. Była bezwładna, dusiła się, była bez kontaktu. Wezwane pogotowie stwierdziło, że jest to agonia, że płuca oddychają tylko „w połowie”, serce prawie stoi i osobiście nie radzą w tej sytuacji zawozić cioci do szpitala, bo umrze w karetce albo na korytarzu, porzucona i w samotności. No i ciocia została w domu. Ogłoszony alarm w rodzinie został zrealizowany przez 13 osób natychmiastowym przyjazdem, przybyciem pielęgniarki i kapłana z sakramentami. Moja rodzona siostra Marychna – urszulanka, zmobilizowała do modlitwy wspólnotę zakonną, a syn Andrzej – kapłan modlił się w swojej parafii. Dorotka przywiozła cioci aparat tlenowy, a ja zaczęłam walczyć o przyjazd lekarza i podanie kroplówki, by ciocia nie umarła też z głodu. Lekarz stwierdził, że zaczyna się  udar mózgu, że to trzeba leczyć i że jedziemy do szpitala. Do 4 rano trwało przyjmowanie na SOR… U Cioci nie było żadnych zaburzeń i ubytków pamięci, tylko słabość, lewostronny niedowład, serce prawie stojące… Ustalaliśmy w rodzinie codzienne dyżury do karmienia i żeby ktoś kolejno wpadał na chwilę rozmowy. To był ogromny wysiłek, bo większość jest pracująca, a dla mnie dojazd, pobyt i powrót od Cioci trwał dobre 3 godziny. Lekarze byli zdumieni taką ilością rodziny troszczącej się o staruszkę, ale też dbali wspaniale o wszystko, co mogli zrobić od strony medycznej. Trwała rehabilitacja, trochę powracało czucie. Gdy miano wypisać ciocię do domu – zaproponowałam, żeby przeniosła się do nas, zgodziła się. Wyobrażasz sobie, Beatko, ile było zawirowań? Rodzinna męska młodzież poprzenosiła meble, rzeczy, stoły i zrobił się pokój na parterze dla Cioci – a Piotr (mąż) i ja przenieśliśmy się z naszą sypialnią na górę. Najgorzej było zdobyć łóżko na pilota, wózek, pampersy… Wypisujący lekarz powiedział, że on nie rozumie dlaczego ciocia żyje, to dla nich cud. Zdaniem całego konsylium medycznego powinna była umrzeć od razu, nie są też w stanie nic przewidzieć.

13.06. Niezwykłości. Widać, jak Pan Jezus na każdym kroku prowadzi nas wszystkich. Przepisałam ciocię do mojej przychodni i lekarza rodzinnego. Zaraz pojawiła się pielęgniarka – pani Halina o wielkim sercu. Nauczyła mnie, jak powinniśmy opiekować się ciocią… Tego dnia poszłam wieczorem do mojej parafii. Po Mszy św. weszłam do zakrystii, by powiedzieć proboszczowi, że mamy chorą ciocię i poprosić o przyjście z Panem Jezusem. A tu proboszcz wita mnie słowami: „Wiem, że macie ciocię w domu, jak mogę pomóc?”. Domyśliłam się natychmiast, że informacje o cioci przekazała pielęgniarka. Pomyślałam, jak pięknie działa służba zdrowia nie tylko w sprawach zdrowia ciała, lecz także zdrowia duszy. Widocznie o każdym terminalnie chorym informuje się proboszcza. Piękny obyczaj! Poprosiłam, by jeśli to możliwe, przychodził do cioci codziennie z Panem Jezusem, kiedy mu będzie pasowało; mieszka 5 domów za naszym domem. Pojawił się jeszcze tego wieczora, przynosząc drobinkę Pana Jezusa, bo ciocia ma różne trudności z połykaniem. Jutro nie przyjdzie, ma całodzienny wyjazd… Młodsza córka, Marysia, ma dziwny talent do rehabilitacji nogi i ręki cioci. Starsza, Ola, ładnie karmi, rozmawia, czyta z ciocią gazetę. Andrzej, kuzyn, tak jak dawniej, dzwoni codziennie o 20.00, by wszystko cioci opowiedzieć, a ciocia z tęsknotą czeka na tę rozmowę. Ja jestem na każde zawołanie, w dzień i w nocy… Przedziwne cuda dokonuje też Pan Jezus przez Aniołów Stróżów. Ciocia kiepsko słyszy i ma aparat do ucha, ale teraz trudno go włożyć. Powiedziałam więc Aniołowi Stróżowi, że ma wszystko, co mówimy do Cioci, powtarzać jej w „anielski sposób” i nie mamy żadnych problemów ze słyszeniem się. Ja mówię normalnym głosem, ciocia słyszy, rozmawia z rodzinką przez telefon i też słyszy bez problemu. Ci z rodziny, którzy nie mogą przyjechać – dzwonią. Przeważnie przyjeżdża męska część rodziny. Panie, skoro nie mogą przyjechać, dostarczają różne ciasta, sałatki, mięsa, zupy – więc moja praca w kuchni czasami ogranicza się tylko do odgrzania. Beatko, bardzo proszę o modlitwę. Bóg wie, co dla Cioci przygotował, więc my prośmy, by każdy z nas umiał w tej sytuacji wypełnić wolę Bożą.  

14.06. Szara codzienność. Rodzinna młodzież załatwiła w NFZ częściową refundację pampersów i wózka. Jutro Andrzej odbiera wózek. Jutro pojawi się rehabilitant. Zdobyliśmy wszystkie leki. Oczywiście działa w tych wydarzeniach cała rodzina. A ciocia? Jest zdumiewająca. Czyta, rozmawia, zamówiła sobie audiobooka, by posłuchać wierszy Słowackiego, chce oglądać telewizję… Niesamowite jest to, jak ciocia wszystkich w rodzinie ogarnia swoim sercem… Wiedziała, że dziś nie przyjdzie proboszcz z Panem Jezusem i martwiła się i chyba gorzej czuła się. I wiesz, Beatko, co zrobiła Marysia? Była na wieczornej Mszy św. w parafii „za miedzą”. Po Mszy powiedziała proboszczowi, że ma w domu prawie stuletnią ciocię i bardzo prosi, by przyjechał do niej z Panem Jezusem. Proboszcz trochę marudził, że inna parafia, że jest zmęczony – lecz Marysia była nieugięta, no i go przywiozła. Na widok radości cioci proboszcz poczuł ciepło w swoim sercu i stwierdził, że odeszło do Niego całe zmęczenie, że jest podniesiony na duchu i wzruszony.

16.06. Zwyczajne „cuda”. Ciocia Ola każdego dnia jest słabsza. Rodzina mi pomaga, niestety w nocy jestem sama. Ani Piotr, ani Marysia nie słyszą dzwonka elektrycznego i tylko ja schodzę do cioci, a potem jestem tak rozbudzona i zmarznięta, że nie mogę zasnąć do następnego dzwonka. Zauważyłam ostatnio, że nieraz alarm nie dzwoni, a do cioci idzie w nocy Marysia. Wyjaśniła mi, że budzi ją Anioł Stróż i każe iść do cioci podać herbatę i wywietrzyć pokój. Popatrz jaki mają „wspólny język”… Pojawiła się wczoraj lekarka, która była lekarzem rodzinnym cioci przez prawie 50 lat i panie były bardzo z sobą zaprzyjaźnione. Nie wyobrażasz sobie, Beatko, jak obie uradowały ze spotkania. Porozmawiały po przyjacielsku, potem „medycznie”, ciocia i ja dostałyśmy konkretne zalecenia. Pani doktor przyrzekła, że mogę dzwonić o każdej porze dnia i nocy… Ciocia jest tak słaba, że nie ma siły zadzwonić w nocy alarmem. Powiedziałam, że ma wtedy powiedzieć tylko cichutko, w myślach „Bogienko, przyjdź”, a mój Anioł usłyszy i mnie obudzi. Zobaczymy, co na to Aniołowie?!

20.06. Już sobota. Beatko Kochana, wybacz, że nie piszę do Ciebie codziennie. Zabieganie w domu jest ogromne i jak mam wolną chwilę, to próbuję podrzemać. Aniołowie są wspaniali. Teraz w nocy budzi mnie cichutko Anioł i wiem, że trzeba iść do Cioci. Jak wiesz, nasze schody są kręte, bez poręczy, a ja schodzę po ciemku, by nie obudzić Marysi i Piotra. Więc najpierw proszę, by mój Anioł pilnował każdego kroku, a potem podpowiedział, co ciocia potrzebuje. Bo ciocia prawie nie mówi, taka jest słabiutka. Tylko się uśmiecha i to dość figlarnie, bo przecież wie, kto mnie przyprowadził. Ciocia zawsze się o nas troszczyła i doszła do wniosku, że trzeba wołać raz mnie, a drugi raz Marysię, wtedy będzie sprawiedliwie i każda z nas trochę dłużej będzie spała. Anioł cioci bardzo dobrze rozumie te intencje, bo pilnuje kolejności wołania… Ciocia jest przy tym ogromnie cierpliwa. Na nic nie narzeka, z wszystkiego jest zadowolona. Czasami martwi się, że jest dla nas ciężarem. Wtedy przypominam, jak to 50 lat temu, wzięła naszą gromadkę do swojego domu i miała z nami niewyobrażalne problemy. Ciocia też wspomina tamte czasy z uśmiechem: w nocy podjadaliśmy przygotowany obiad „na jutro”, podkradaliśmy jajka z kurnika, wypijaliśmy kompoty…

23.06. Jest gorzej. Ciocia coraz słabsza. Już nie ma siły rozmawiać codziennie z Andrzejem przez telefon, tylko słucha i uśmiecha się. Cudowna pielęgniarka przychodzi codziennie – choć już absolutnie nie musi, bo lekarze wycofali zastrzyki. Ale ona przychodzi, pomaga, rozmawia, a potem, gdy ja jej dziękuję, to mówi, że Pan Jezus jest jej nagrodą i robi to dla chorego i dla Pana Jezusa. Dobrze, że proboszcz wpada codziennie, bo wtedy cioci twarz jaśnieje radością i chociaż coraz trudniej jej mówić, to widać jak poruszają się usta, a oczy są pełne szczęścia. I Proboszcz też mówi, że przychodzi do cioci z radością bo sam wiele się teraz uczy od niej. Dzwonią i przyjeżdżają wszyscy z rodziny: z Gdańska, z Bielska-Białej, z Warszawy, z Gorzowa, ze Swarzędza, Lubonia, i oczywiście z Poznania. Nie ważna jest odległość, tylko kontakt.

25.06. Bardzo źle. Ciocia je tylko wtedy, gdy musi zjeść lekarstwa. Cierpliwie zjada jedną łyżeczkę budyniu, pół łyżeczki herbaty. I nic więcej. Coraz częściej tylko zwilżam jej wargi, bo prawie nie może połykać. Wysłałam SMS do księdza, żeby dzisiaj nie przychodził, bo ciocia już nie łyka i nie pije. Miał wyłączoną komórkę, SMS-a nie zauważył i wieczorem przyjechał do cioci. Otworzyła oczy, uśmiechnęła się. Modliła się cichutko, przyjęła Pana Jezusa i bez problemu popiła całą łyżeczką wody. Pan Jezus jest wielki! A Anioł Stróż cioci genialny! Dzisiaj nocuje w domu moja siostra Marychna. Siostra  przełożona wydała zgodę. Będę miała łatwiejszą noc.

27.06. Jesteśmy sami. Ciocia odeszła do Domu Ojca wczoraj, wczesnym wieczorem. Zdążyli z pracy wrócić Piotr i Marysia. Dojechała też Ola, która jeszcze po pracy załatwiała pampersy dla cioci. Jak wiesz, była też Marychna. A Ciocia jakby czekała, aż będziemy wszyscy, wokół niej, trzymając ją za ręce, odmawiając Koronkę do Bożego Miłosierdzia przy zapalonej gromnicy. Odeszła cichutka, jakby nie chciała swoich ukochanych dzieci przestraszyć umieraniem. Dzięki temu, że była w domu, a my przy niej, mogliśmy od razu odmówić oficjum za zmarłych, a dopiero potem zabrać się za ubieranie. Potem dojechał jeszcze Andrzej – najmłodszy syn cioci męża. Dla niego to ogromnie bolesne przeżycie. Dzisiaj załatwialiśmy wszystkie formalności. Takie było życzenie Cioci, byśmy działali razem. Wszyscy urzędnicy byli życzliwi, serdeczni, mieli czas, spokój… Nawet Andrzej był zdumiony takim wzajemnym szacunkiem ludzi do ludzi. Czuliśmy, jak ciocia, tam z Nieba, kieruje naszymi krokami, prowadzi nas, pomaga załatwić. To też cud dalszej jej troski o rodzinę.

01.07. Po pogrzebie. Pogrzeb był piękny, ciepły, słoneczny – i nikt nie płakał. Tylko wszyscy uśmiechali się albo do cioci, albo do Pana Boga, albo do siebie… Msza św. była w kościele cmentarnym, ciocia stała sobie na środku, można było ją pożegnać z bliska lub z daleka. Najpierw odmawiano różaniec. A kościół był pełny – 150 osób, a może i więcej. Przyjechało 4 księży, a służbę liturgiczną pełniła rodzinna młodzież. Każdy mógł powiedzieć parę słów albo na Mszy św., albo na pogrzebie. Mój proboszcz ciepło opowiadał, jak wpadał codziennie do cioci i czuł bijącą z jej serca głęboką pobożność. Powiedział też, jak przyjechał, gdy już nie była w stanie nic połykać i zobaczył wtedy potęgę Pana Jezusa, który uczynił wszystko, by chora mogła przyjąć Go do serca. Ksiądz z macierzystej parafii wspomniał, że żegna najstarszą swoją parafiankę i że zawsze był zbudowany cioci zaangażowaniem w duchowe i materialne życie parafii. Andrzej mówił ciepło o pięknej służbie cioci. Nad grobem  proszono i mnie o słowo. Anioł Stróż podpowiedział, co mam mówić. Przypomniałam o niesamowitej decyzji cioci, by najpierw zatroszczyć się o dzieci swojej siostry, a potem o Wujka i jego dzieci. Powiedziałam, że umiała zobaczyć szlachetne wartości w naszych sercach i odpowiednio je rozwijać, motywować do dobra. Widziała też nasze błędy, różne życiowe zapętlenia – i wtedy starała się prostować ścieżki naszych wyborów, delikatnie i dyskretnie, by nikogo nie zawstydzić. Widziała fizyczne i materialne borykania się przez wszystkie kolejne lata i też umiała przyjść z pomocą. Do ostatniego dnia starała się z każdym rozmawiać, wspomóc, wysłuchać, poradzić, wesprzeć modlitwą i cierpieniem. Na zakończenie powiedziałam, że troszczyła się o nas tak pięknie, że w pewnej chwili Bóg zatęsknił za tak wspaniałą ciocią. Stwierdził, że chce mieć taką ciocię Olę u siebie – i zabrał Ją, i ma teraz w swoim Domu. A my możemy być pewni, że dopiero teraz, z perspektywy Domu Ojca, ciocia Ola będzie nam wspaniale pomagała.

Bogumiła Kwiek-Pajzderska