Świetlany obłok

Z Magnificat: „Raduje się duch mój w Bogu moim Zbawcy. Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny” (Łk 1, 47, 49)

„Słowa Maryi dają nam wizję życia. Wizję wytrwałej i spójnej wiary. Wiary, która jest światłem życia codziennego. Tych dni niekiedy spokojnych, ale często burzliwych i trudnych. Wiary, która rozjaśni w końcu ciemności śmierci każdego z nas. To spojrzenie na życie i na śmierć niech będzie owocem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny” – powtarzam za bł. Janem Pawłem II, dodając od siebie: Uwierzyłam, otrzymałam.

I. Najlepsze miejsca to te, w których można spotkać przyjaciół. Najlepszy nastrój, to nastrój radości i atmosfera wypoczynku. Najlepsze marzenia, to te spełnione… Tak miały wyglądać nasze wymarzone wakacje. Zaplanowaliśmy z córką i wnukiem tygodniową podróż szlakiem wspomnień męża, ojca i dziadziusia, niestety nieżyjącego od 10 lat. Męża korzenie to Podkarpacie – Nowy Żmigród, Stary Żmigród i Łysa Góra. Do dzisiaj mieszka tam rodzeństwo męża i ich dzieci. Nasze małżeństwo zostało zawarte również w Nowym Żmigrodzie w dniu 29 marca 1964 r. Pewna cząstka mojej osobowości pozostała na Podkarpaciu.

II. Wyjeżdżamy z Rawicza (woj. wielkopolskie) nocą 11 lipca 2011 r. Widzę w oczach wnuka radość, gdy zbliżamy się do naszej ukochanej ziemi podkarpackiej. Rozmawiamy o uroku, jaki mają Bieszczady. To wciąż europejska oaza dzikiej, nieskażonej przyrody. – Moi drodzy – mówię – pojedziemy również do Dębowca do sanktuarium Matki Bożej Saletyńskiej. W tym sanktuarium są odprawiane Msze św. wieczyste, między innymi za mojego męża, a waszego tatę i dziadka. Odwiedzimy „Piękną Panią” – wyjaśniam. Kochany wnuk się zgadza: – Jak będziemy wracać do domu, dobrze babciu? – proponuje. Przystałam na to, nic im nie mówiąc, że niezbyt dobrze się czuję. Po co miałam psuć dobry nastrój moim dzieciom?! Jestem jednak osobą niepełnosprawną. Na początku lipca wróciłam z turnusu rehabilitacyjnego i od tej pory mój stan zdrowia trochę się pogorszył. Pomyślałam sobie: Wszystko minie, gdy się znajdę w nowożmigrodzkiej gminie! Tam jest zupełnie inny klimat. Pustelnia św. Jana ma taki drzewostan jak nigdzie na świecie – wspaniale się oddycha. Nad Soliną jest pięknie i lepiej się oddycha, niż nad morzem… Nagłe olśnienie – przecież mogę to wszystko opisać do naszej parafialnej gazetki „Genezaret” – o sanktuariach, przyrodzie, dobrych, bardzo ciepłych i gościnnych ludziach. Mąż chodził do szkoły razem z tutejszym rodakiem – obecnie abp. Edwardem Nowakiem, a mnie przed ślubem udało się zamienić parę słów z ówczesnym proboszczem – dziś bł. Władysławem Findyszem. Będę miała kolejny, dobry temat… Zadowolona przysnęłam. Obudziły mnie hamulce. Stoimy na rynku Nowego Żmigrodu; jest piąta rano. Miejscowość jest pięknie położona przy ujściu potoku Głojsce do rzeki Wisłoka, zasłonięta od południa i północy zalesionymi wzgórzami. Stare miasteczko owiane ciekawymi zdarzeniami historycznymi… Stwierdzam, że wszystko jest takie same i bardzo znajome. Choć nie, rynek jest nowy. Szczerze przyznaję, że stara wersja rynku była mi bliższa – cieplejsza. Odczuwamy zmęczenie. Koguty odśpiewały godzinę, możemy jechać do naszego Przylądka Snu – do wsi Łysa Góra położonej w gminie Nowy Żmigród. Piękny widok na wszystkie okoliczne zalesione wzgórza. Rozmowa z bratem męża, kąpiel, śniadanie. Trzeba podziękować Bogu za szczęśliwą podróż i głowy do poduchy. Tylko wnuk odwiedza wszystkie zakamarki, gdzie jako mały chłopiec spędzał wakacje. To były jego najwspanialsze lipce i sierpnie… Rodzina męża przyjęła nas bardzo dobrze życzliwie; jesteśmy im za to wdzięczni. Robimy plan na kolejne dni.

III. 14 lipca jedziemy do Krempnej. Oko przykuwa piękny kościółek pw. św. Maksymiliana Kolbe. Wchodzimy na modlitwę. Obok cerkiew poddawana pracom konserwatorskim z uwagi na strukturę architektoniczną i wnętrze z ikonostasem nowym i fragmentami starego. Kolejny etap prac w cerkwi obejmuje mensę ołtarza głównego w prezbiterium, na której odkryto XVII-wieczne malowidła. Jest mi niezmiernie przykro, że nie było nam dane odwiedzić wnętrza świątyni, gdzie ściany ociekają modlitwą i trudem wielu pokoleń. Krempna słynie nie tylko z widoku krajobrazowego, lecz także z piękna ludzi, którzy żyją we wspaniałej symbiozie. Prawosławna cerkiew po II wojnie światowej służyła grekokatolikom. Do dzisiaj w uroczystości ku czci Matki Bożej Śnieżnej uczestniczy również kapłan – grekokatolik z Komańczy. Atrakcją gminy Krempna są łemkowskie cerkwie, wojenne cmentarze i łemkowska kultura. Polecam wszystkim zwiedzanie tych pięknych, pisanych historią stron. Łagodne stoki Beskidu Niskiego, wąska dolina rzeki Wisłoki, Magurski Park Narodowy, to wyjątkowe miejsca ciszy i odpoczynku. Wracamy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi. Moim marzeniem było uczestnictwo we Mszy św. w cerkwi. Wnuk obiecał, że podwiezie mnie w sobotę, bo tylko w tym dniu odbywała się liturgia. Nie zdążyłam.

IV. W drodze powrotnej do Łysej Góry odwiedzamy drugiego brata męża. Prosiłam go o pomoc w zorganizowaniu poetyckiego wieczoru autorskiego. Chciałam się podzielić z mieszkańcami, z którymi związany był mój mąż swoim spojrzeniem na ludzi i otaczający nas świat. Wydawało mi się, że pokonam chwilowe problemy zdrowotne. Zawsze byłam odważna, niczego się nie bałam i tu był błąd. Siedzimy wszyscy przed domem przy grillu, jest super, dowcipnie i wesoło, a mnie starej i zmęczonej nie przeszkadzało nic. Po chwilowej drzemce, gdy obudziły mnie śmiechy, poczułam, że mam problemy z oddychaniem, ale nie było tak źle, skoro zapaliłam papierosa. Ach ta wstrętna używka, ale to był mój ostatni papieros! Pamiętam słowa brata męża: – Oddychałaś jak mój szwagier dwa dni przed śmiercią – powiedział. Roześmiałam się: – Nie żartuj – odpowiedziałam. Nie żartował, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Oj tam, jutro pojedziemy do pustelni św. Jana, nad Solinę, będzie dobrze!... Wracamy na nocleg do Łysej Góry. Po drodze mijaliśmy piękne, zadbane, oświetlone zniczami i koronami gwiazd kapliczki. Gdy moje dzieci już padły, wyszłam na taras, aby popatrzeć w niebo. Tam niebo też jest inne, gwiazdy przyciągają; trudno oderwać oczy. Tej nocy męczył mnie koszmarny sen: Widziałam ramiona wyrastające z ogromnych drzew, które pochwyciły mnie, dusiły wstrętnymi paluchami, wyciskając z mojego ciała resztki lepkiej cieczy… Budzę się oklejona własnym potem. Siadam nagle, łapiąc powietrze jak ryba. Nic nie boli, tylko brak mi tlenu. Jest godzina 6.20 rano. Przerażona córka (jest pielęgniarką) próbuje mi pomóc i podaje leki. Po godzinie wstaję, z trudem się kąpię. Uważam, że wszystkiemu jest winien potworny sen. Dzieci nie odstępują mnie na krok. Nie zgadzam się na wizytę lekarską.

V. Po śniadaniu wyjeżdżamy do Nowego Żmigrodu. Nie zdaję sobie sprawy, że dzieci coś knują, tylko się dziwię, że jedziemy w odwrotnym kierunku. Przecież mieliśmy jechać do Dukli i Soliny. Córka i wnuk wymieniają dziwne spojrzenia; córka mówi, że jedziemy do przychodni. Siedzę cichutko, co oznacza akceptację z mojej strony. Czuję się coraz gorzej i zostaję przyjęta natychmiast. W mojej głowie czarne myśli. Pani dr Jolanta Starzycka nie ma ochoty na żarty. Po wstępnych badaniach oświadcza, że wzywa karetkę pogotowia z Jasła. Nie zgadzam się; jestem prawie siedemset kilometrów od domu i bardzo się boję. Wtedy dochodzi do mnie silny głos: „Ma pani dwie opcje do wyboru, albo przyjechała pani umrzeć, albo chce pani żyć!” Rzucony konkret uświadamia mi, że nie jest wesoło. Wybieram opcję życia… Z oddali słychać charakterystyczny dźwięk ambulansu. Zanoszą mnie do wnętrza, podają maskę tlenową. Ruszamy na sygnale. Lekarz czy ratownik łagodnie gładzi moją dłoń mówiąc: „Będzie dobrze, zobaczy pani, obiecuję”. Przed oczami mam wciąż twarze moich przerażonych dzieci. Teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo chcę z nimi jeszcze być; zobaczyć jak mój ukochany wnuk ułoży sobie życie. Boże pomóż! Modlę się gorliwie. Miły pan znowu mnie gładzi po ręce, uśmiecha się: – Pani dzieci jadą za nami. Prowadzi pani wnuk, prawda? – mówi. Kiwam głową. – No, to dobrze dociska za nami – dodaje pan.

VI. Jestem na Oddziale Chorób Wewnętrznych w Szpitalu Specjalistycznym w Jaśle. To bardzo ładne i ciepłe miasto. Podczas pobytów wakacyjnych często je odwiedzaliśmy… Wspaniali lekarze natychmiast otoczyli mnie troskliwą opieką. Mnóstwo badań i diagnoza: ciężka wada zastawki aortalnej, zawał mięśnia sercowego, obrzęk płuc. Uderzenie obuchem w głowę. Wyłączyłam się zupełnie, zobojętniałam, było mi wszystko jedno. Zakodowałam sobie, że to już koniec, nie wierzyłam w nic i nikomu. Nie wiem czy się modliłam, nie pamiętam nic – wszystko wymazane. Wiem, że dzieci przyjeżdżały codziennie, ale nie wiem, o czym mówiliśmy. Pamiętam jedynie słowa lek. med. Dariusza Przybylskiego: „Proszę wrócić do nas, nie denerwować się, postaram się pani pomóc i jak najszybciej przekazać na oddział kardiologii w Rzeszowie”. W szpitalu w Jaśle, bardzo przyjaznym dla pacjentów, przebywałam od 15 do 19 lipca 2011 roku. Nie mogę do dzisiaj zrozumieć, jak to się stało, że miałam taką pustkę. Umysł zawsze bardzo sprawny – zamilkł. Po raz pierwszy szłam drogą, której nie pamiętam w całości. Maleńkie odcinki, jak przerywane krople deszczu łez.

VII. 19 lipca zostałam przewieziona do Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie. Zaczynam powoli myśleć i wracać. Trafiłam na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej, gdzie są wszystkie ciężkie przypadki – z tego już zdałam sobie sprawę. Podłączono mnie do aparatury. Po chwili były już przy moim łóżku dzieci i uspokajały, że wszystko będzie dobrze: „Mamo masz i tak szczęście, jesteś pod opieką wspaniałych lekarzy”. Kochane dzieci, przyjeżdżały do mnie codziennie, a przecież z Łysej Góry do Rzeszowa jest daleko. Zdawałam sobie sprawę, że muszą wracać do domu – córka kończy nieciekawy urlop i wraca do pracy. Będzie mi bardzo brakowało moich skarbów… Moje samopoczucie jest okropne, serce uparte, nie chce wracać do normalności, nie współpracuje z aparaturą. Leżę na tym łożu przeznaczenia, jak więdnąca roślinka. Mam czas na rozmyślania nad sensem życia. Bardzo dużo się modlę na różańcu, rozmawiam z Bogiem i Panienką Przenajświętszą. To mi daje siłę. Mówiłam Bogu, że chcę żyć, chcę służyć radą i matczyną opieką córce i wnukowi. Piszę poezję i prozę, mam jeszcze ludziom tyle do przekazania. Najbardziej mi żal, że już nie napiszę artykułów do ukochanej gazetki parafialnej. Ale to Bóg rozdaje karty. Zaczynam się oswajać z nieciekawymi myślami.. Następna faza moich rozmyślań jest najgorsza Bez przerwy wyrzucałam sobie, że zniszczyłam wakacje marzeń wnukowi i córce. Widzę jak bardzo lekarze chcą mi pomóc, ale moje serce jest oporne. Nie wiem w jaki sposób córka przedłużyła sobie urlop i moje dzieci mogą być ze mną dłużej. Bez przerwy otrzymuję dowody miłości – za co? Za zniszczony i umęczony urlop. Boże, dziękuję Ci za największą nagrodę jaką otrzymałam – za wspaniałą córkę i wnuka. Po kilku dniach pojechali pomodlić się w mojej intencji do Dębowca i przywieźli mi wodę od Mateńki Płaczącej. Pamiętam, było to po południu, modliłam się Koronką do Bożego Miłosierdzia. Gdy skończyłam, córka dała mi wodę do picia. Widziałam, że pielęgniarka nas obserwuje. Stała się rzecz niesamowita. Po piętnastu, może dwudziestu minutach moje serce zaczęło działać prawidłowo. Powiedziałam zdumionej pielęgniarce, że piłam wodę z dębowieckiego źródełka, wierząc w moc Matki Bożej Płaczącej. „Ja też wierzę” – usłyszałam krótkie i piękne słowa. Lekarzom nic nie mówiłam, chociaż czułam, że wszyscy są osobami wierzącymi. Odłączono mnie od aparatury. Gorąco dziękowałam w każdej modlitwie Pięknej Pani. Czekała mnie jeszcze koronografia. Nie bałam się, choć zdawałam sobie sprawę z niemożności podania kontrastu przez żyłę pachwinową. 22 lipca lek. med. Maciej Orłowski z asystą zaczyna zabieg od prawej ręki – fiasko. Po dłuższym szukaniu nakłucie lewej tętnicy ramiennej dało oczekiwany efekt. Wracam na OIOM z tak silnie ściśniętym przedramieniem, że zwijam się z bólu. Łzy same uwalniają się z pod powiek. Dzieci są przy mnie. Wytrzymałam. Po przeniesieniu na salę ogólną lekarze namawiają mnie delikatnie, ale stanowczo na operację. To jedyne wyjście, abym żyła. Ordynator dr n. med. Jerzy Kuźniar kontaktuje się z kardiochirurgią. Oddział mieści się w tym samym budynku i 3 sierpnia zostałam tam przyjęta.

VIII. Na oddziale kardiochirurgii zobaczyłam cierpienie, lęk i słyszałam pytania: „Dlaczego ja?” Dużo rozmawiałam z ludźmi przed i po operacjach. Na razie czułam się jak widz, oglądający filmowe kadry. Ogrom koniecznych badań i rozmowy z lekarzami o konieczności operacji w moim przypadku, o ryzyku powikłań. Nie byłam łatwym rozmówcą, ale za to obsada lekarska niesamowita. Wiedza i umiejętności z najwyższej półki! Grupa wspaniałych artystów pod dyrekcją ordynatora oddziału Kazimierza Widenka. Obsada pielęgniarska również dobra. Podpowiedź Matki Bożej Saletyńskiej: „Nie masz awaryjnego wyjścia”. Wyraziłam zgodę na wstawienie w sercu zastawki biologicznej. Zostałam poinformowana, że przy oszczędnym trybie życia taka zastawka może pracować do dziesięciu lat i potem trzeba ją wymienić… Córka z wnukiem byli jeszcze tylko parę dni. Przed wyjazdem znowu odwiedzili Matkę Bożą w Dębowcu i przywieźli wodę ze źródełka Pięknej Pani – tym razem więcej. Cały czas prosiłam Matkę Bożą Płaczącą o pomoc nie tylko dla siebie, lecz także dla wszystkich chorych. Żyłam modlitwą, Komunią świętą i czekaniem. Wierzyłam w pomoc „Pięknej Pani”, ale słaba psychika łamała mnie, bywały chwile, że łzy przysłaniały mi wszystko… Przyszedł dzień operacji dla pań z naszej sali, dla mnie. Każdej podałam wodę z Dębowca. Wszystkie pomodliłyśmy się i każda z nas wypiła, wyłamała się tylko jedna. Zaczęła wylewać do zlewu, choć prosiłam aby, tego nie robiła. Zignorowała moje prośby. 11 sierpnia o 8.00 rano przewieziono mnie na salę operacyjną.

IX. Po operacji, słyszałam głosy, pytania, ale nie mogłam reagować, byłam sztywna, myślałam, że jestem sparaliżowana. Pierwsza myśl: „Żyję! Mateńko, dziękuję!” Wracałam powoli do zdrowia, jak inne panie, poza jedną, która nie uwierzyła. Zobaczyłyśmy zapłakane córki, które przyszły zabrać rzeczy mamy… Na oddziale przebywałam do 20 sierpnia. W dniu wypisu przyjechał po mnie wnuk z córką. Zrobili mi wielką niespodziankę. W drodze powrotnej pojechaliśmy do Dębowca, podziękować Matce Boskiej Płaczącej za opiekę i pomoc...

Nie mogłam zaraz napisać tego świadectwa, nie miałam siły. Później ciężko było mi do tego wracać. Po roku wróciłam do tamtych wspomnień. Nie było to łatwe, ale obiecałem Matce Bożej Saletyńskiej, że w prosty sposób opiszę Jej wielką siłę i miłość. Marzę, aby jak najwięcej osób przeczytało to świadectwo i uwierzyło. Pragnę także w ten sposób oddać hołd wdzięczności kochanej córce i najlepszemu wnukowi oraz wszystkim spotkanym lekarzom i pielęgniarkom. Mam dla nich wszystkich tylko jedno określenie: Anioły Podkarpacia!

Piękna Pani idziesz przed nami jak obłok świetlany, swoją jasnością wskazując nam drogę wiary, jedności, pokoju i zgody.

Urszula Bazan z Rawicza