Wiara w mojej codzienności

Wiarę wyssałam z piersi mojej Mamy, bowiem kiedy jeszcze nosiła mnie pod sercem, zdała celująco trudny egzamin z zaufania Bogu. Był rok 1960. Moja starsza siostra skończyła cztery lata. Rodzina miała się powiększyć i to o dwoje dzieci naraz. Ale po kilku miesiącach okazało się, że ciąża jest powikłana: jedno dziecko już zmarło, jest w stanie rozkładu, a życie drugiego jest zagrożone. To niemożliwe, aby urodziło się żywe i zdrowe – przekonywano Mamę. Namawiano, by poddała się aborcji, bo to jedyne, logiczne, co można w takim przypadku uczynić. Tłumaczono, że sama tego nie przeżyje. „Pewnego pięknego dnia panią przywiozą, ale już będzie za późno” – dźwięczały jej w uszach słowa, usłyszane w gabinecie lekarskim. Tacie nigdy nie tego nie powtórzyła. Uklękła przed obrazem Matki Bożej i modliła się tak długo, aż poczuła moc do walki o życie tego biednego dzieciątka, jakie nosiła w swym łonie. Mówili, że urodzi się bezkształtne, nienormalne, a najprawdopodobniej wcale się nie urodzi. Trudno, przyjmie takie, jakie Bóg da. Ochrzci je i będzie kochała. A jeśli sama nie przeżyje – niech się dzieje wola Boża, ale nie zabije tego bezbronnego dziecięcia, którego ruchy przecież czuje... Każdy dzień przynosił nowe cierpienia. Ciągle krwawiła, gorączkowała. Była tak opuchnięta,  że wychodząc z domu musiała trzymać się płotu lub ściany, bo traciła równowagę. Niezbędne prace mogła wykonywać tylko na siedząco. Była przygotowana na wszystko... Przywieziono ją do rawickiego szpitala miesiąc przed terminem rozwiązania, w stanie agonalnym. Zdążyła jeszcze odmówić Litanię Loretańską za swoje dziecko, jak to czyniła codziennie. Słyszała głosy lekarzy: „Taka młoda i musi rozstać się z życiem. Po co jej to było!”... Po południu nastąpiła akcja porodowa poprzedzona bardzo silnymi bólami. Wzywając pomocy Niebieskiej Lekarki, urodziła córkę. Dziecko było zdrowe, normalne, ku zdumieniu wszystkich asystujących przy porodzie. Nie mogli jednak usunąć z matczynego łona resztek dawno obumarłego bliźniaczego dziecka. Słabła akcja serca. Zwątpili, że można będzie uratować matkę. Zajęto się dzieckiem, a matkę pozostawiono w stanie wskazującym na śmierć. Już nic nie mówiła, ale wszystko słyszała. Słyszała kroki oddającego się lekarza. Była świadoma, że to koniec. Ostatnią świadomą myśl powierzyła Maryi: „Matko Najświętsza, wszyscy mnie opuścili i Ty chyba też”. Nie! Maryja nie opuściła. Właśnie w tej chwili wszedł na salę młody lekarz i najpierw uratował pracę serca, a potem pokazał pielęgniarkom, jak należy masować brzuch, a natura sama odrzuci, to, co obumarłe. Więc masowały do skutku. Miała dwa razy przebłyski świadomości. Gdy ją wnoszono na salę poporodową, usłyszała wyraźnie słowa jakiejś przerażonej kobiety: „Po co nam tu trupa niosą!” Na tej sali były matki karmiące swoje dzieci. Po kilku godzinach Mamie też przyniesiono małą córeczkę. Po dwóch tygodniach wróciła ze mną do domu.

Przerwała pracę zawodową, gdy urodziła pierwsze dziecko i nigdy do niej nie wróciła. Trudno było żyć z jednej pensji, kiedy jeszcze na głowie budowa domu w Masłowie koło Rawicza i spłata pożyczki, ale wiedziała, że najważniejsze zdanie dla niej to nie tylko dać życie, lecz także wychować i przekazać wiarę. Była więc kapłanką domowego ogniska. Mama była pierwszą naszą katechetką. Dyskretnie obserwowała nasze zachowanie w świątyni i jeśli trzeba było, to ostro karciła niewłaściwą postawę. Często widziałyśmy ją przy konfesjonale i zawsze przystępującą do Komunii świętej. Eucharystia była na pierwszym miejscu, i to nie tylko w niedziele i święta. Mama nas nauczyła, że do kościoła nie idzie się na ostatnią minutę. Po skończonej liturgii szłyśmy razem pomodlić się przed obrazem Serca Pana Jezusa, a następnie do Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

Przed I Komunią św. z powodu ciągłej choroby opuściłam wiele lekcji religii. Mama jednak dowiadywała się, co było na katechezie i na bieżąco uczyła mnie w domu. Po dwóch miesiącach, z uzupełnionym zeszytem poszłyśmy na religię. Ksiądz proboszcz powiedział Mamie, że po tak długiej nieobecności, chyba nie będę mogła z rówieśnikami przyjąć Pana Jezusa. Mama na to: „Proszę ją przepytać”. Egzamin odbył się zaraz, przy całej klasie.  Ksiądz był radośnie zaskoczony – umiałam więcej, niż moje koleżanki i koledzy. Wiele razy opowiadałam po latach to zdarzenie innym rodzicom, gdy jako katechetka przygotowywałam w Poznaniu dzieci do I spowiedzi i Komunii św.

Telewizji w naszym domu nie oglądaliśmy prawie wcale. Czasem słuchaliśmy płyt z gramofonu, a codziennie było głośne, rodzinne czytanie ciekawych książek: przyrodniczych, przygodowych, a najczęściej religijnych. Często odwiedzałam parafialną bibliotekę. Z wielkim napięciem śledziliśmy losy bohaterów z serii „Młodzi ulubieńcy Jezusa”. Nierzadko siostra wykonywała ilustracje do przeczytanej lektury, a ja – notatki.

Do dziś pamiętam skarb wspólnej, rodzinnej modlitwy. Mama modliła się z nami codziennie, Babcia często, a Tato czasami. Po wspólnym pacierzu, zaczynał się swoisty rachunek sumienia. Zastanawialiśmy się, jakie dobre uczynki  każdy wykonał w ciągu dnia. W Adwencie domownicy mieli  zrobione tekturowe żłóbki i zbieraliśmy sianko za dobre uczynki. Było ono różnej długości, zależnie od tego, czy dobry czyn kosztował mało, czy też więcej duchowego wysiłku i samozaparcia. W Wielkim Poście nad łóżkami wisiały korony cierniowe. Za każdy dobry uczynek wyłamywało się kolec i przywiązywało papierowy kwiatek. W maju były plecione korony dla Matki Bożej z bibułkowych stokrotek, fiołków i różyczek, a w czerwcu ozdabiałyśmy płomykami wycięte z tektury Serce Pana Jezusa. Cały rok liturgiczny był przeżywany w domu. W październiku wyklejałam różaniec, a w listopadzie malowałam świecę pomocy dla zmarłych. A pomysł do tego wszystkiego zaczerpnęliśmy z pobożnej książki. Śpiewałyśmy pieśni – wszystkie zwrotki, jakie tylko były w książeczce.

W niedzielne i świąteczne popołudnia był obowiązkowy spacer do odległej kapliczki z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, znajdującej się pośród pól i łąk. Tam po wspólnej modlitwie, w gęstych zaroślach wśród starych drzew, rodzina bawiła się znakomicie w pustelników. W drodze powrotnej rwałyśmy polne kwiaty. Każdy miał swój mały ołtarzyk i ozdabiał go najpiękniej, jak umiał. Pamiętam, jak pewnego wieczoru, gdy mama i siostra poszły do kościoła, wzięłam się za sklejanie kapliczki z pudełka. Zaczęłam rozmyślać o Panu Bogu i to rozważanie było poważne, jak na 11–letnie dziecko. Pomyślałam, że jak dorosnę, mogę zrobić jakieś głupstwo albo źle wypełnić wolę Bożą, więc żeby temu zapobiec, ofiarowałam całe moje życie na chwałę Bożą... Uświadomiłam sobie, że świat stworzył nie tylko dobry Bóg Ojciec, ale tak samo był wtedy obecny Pan Jezus i Duch Święty. Byłam bardzo zadowolona z odkrycia, że Duch Święty stwarzał świat. Po wielu latach, jako studentka teologii poznałam w uczonym wykładzie tę prawdę, jaką wcześnie dziecięcym sercem odkryłam na modlitwie.

Nie dostałam się do pracy w zawodzie wyuczonym (pielęgniarka), a angaż na stanowisku przyuczonym (księgowa-kontystka) nie dawał mi pełnej satysfakcji. Pragnęłam pracy religijnej i posługi apostolskiej  dla Kościoła. Studiowałam najpierw przez 3 lata na KUL-u w ramach Instytutu Wyższej Kultury Religijnej. To była dla mnie wielka łaska pogłębienia wiary i usystematyzowania wiedzy religijnej. Poznałam skarb całego Pisma Świętego, bo w domu był tylko mały egzemplarz Nowego Testamentu. W listach do Rodziców przepisywałam całe strony Biblii. Zrozumiałam, że „uczoność” nie wyklucza „świętości”, bo zawsze się tego obawiałam.

Od 1985 mieszkałam w Poznaniu i pracowałam jako katechetka, studiując zarazem teologię na Papieskim Wydziale. Siostra realizowała swoje powołanie życiowe jako zakonnica, ja jeszcze szukałam własnej drogi. Kiedy przyjeżdżałam do domu, myślałam czasem, że Mama za bardzo żyje po Bożemu. Chciało się nieraz tak więcej po ludzku, po ziemsku. Dzisiaj wiem, że miała rację. Mierzyła wysoko; minimalizm nigdy nie zadawalał jej pięknej i gorącej duszy. Pragnęła mocnej wiary i wielkiej świętości dla nas wszystkich... Pamiętam, było to już pod koniec Jej życia. Przyjechałam do domu i opowiadałam treść kolejnych odcinków filmu „Kopciuszek”. Słuchała z wielkim zaciekawieniem i nawet zaproponowała Tacie, żeby też oglądał ów serial i potem jej streścił. Po chwili jednak stwierdziła: „Szkoda na to czasu, to tylko wymyślona historia; lepiej odmówić różaniec”.

Napisałam pracę magisterską o kulcie Matki Bożej Saletyńskiem w Sanktuarium w Dębowcu k. Jasła. Wtedy przyszło zaproszenie stamtąd, żebym  się przeprowadziła na Podkarpacie i podjęła posługę u Księży Misjonarzy Saletynów w Dębowcu jako przewodnik po sanktuarium i animatorka Świeckiej Rodziny Saletyńskiej, z zachowaniem ½ etatu katechetki w miejscowej parafii. W duchu wiary w 1995 r. podjęłam kolejną przeprowadzkę i nigdy nie żałowałam, że to tak daleko od domu. Poszłam służyć Bogu, Maryi i Kościołowi. I wtedy odkryłam, że dnia 18 września 1960 r., kiedy bp Jakiel z Przemyśla poświęcił łaskami słynącą Figurę Maryi Płaczącej, ja otrzymałam w Rawiczu łaskę chrztu świętego. Teraz wiem, że Maryja już wtedy mnie wybrała do swojej służby. I tego wszystkiego doczekała moja dzielna, kochana Mama. Że pojechałam do ojca świętego i trzymałam Go za rękę, prosząc o błogosławieństwo. Że starsza córka złożyła śluby wieczyste w Zakonie Klarysek Kapucynek, a młodsza… 19 czerwca 2004 r. z rąk rzeszowskiego ordynariusza  przyjęła stan dziewicy konsekrowanej. Kilka miesięcy później świętowaliśmy skromnie w gronie przyjaciół 50-lecie sakramentu małżeństwa naszych Rodziców. Otrzymali list z gratulacjami od poznańskiego metropolity, że obydwie córki oddali Bogu i Kościołowi.  

Mama odeszła do Pana 20 lipca 2007 r. Towarzyszyłam jej z siostrą i tatą w duchu wiary w tym przejściu do Domu Ojca i choć to dokonało się w szpitalu, była gromnica i odśpiewane po śmierci „Te Deum”, zgodnie z ostatnią Jej wolą. A potem odkryłam w domu pamiętnik Mamy sprzed wielu lat. Na małych karteczkach zapisywała swoje ofiary i zwycięstwa, składane z miłości do ukochanego Zbawiciela i Najświętszej Matki, jak płatki róż, o których czytaliśmy w  Dziejach duszy św. Tereski od Dzieciątka Jezus.

„Nie patrzyłam sobie oknem… Zrezygnowałam z małego odpoczynku… Prosiłam Boga o ból głowy… Wyrzekłam się na obiad buraczków…Nie dolałam sobie zupy…Zrezygnowałam z wygodniejszej pracy… Opanowałam ciekawość… Nie pogłaskałam kury… Nie mówiłam tego, co chciałam… Klęczałam w zmęczeniu” . Kiedy czytam nieraz te zapiski, czuję wstyd – że ja, magister teologii, dziewica konsekrowana, katechetka z 25-letnim stażem, nie mam w sobie tyle samozaparcia, pomysłowości, ducha ofiary. A przecież pielgrzymowałam do Lourdes, Fatimy, La Salette i kilkakrotnie do Ziemi Świętej. A Mama nawet w Częstochowie nie była. Skończyła tylko 7 klas szkoły podstawowej, ale wiara wyznaczała rytm jej dnia. Wstawało około 4 rano, by godziny, w których najlepiej się czuła ofiarować na modlitwę. Mówiła, że „Panu Bogu nie daje się plew, tylko to, co najlepsze”. Gdy brała po bardzo nieprzyjemnych kroplach kawałek czekolady, to kostkę pokroiła na 4 części, by za dużo sobie nie dogadzać. Wiem, że jest ze mną, że mnie wspiera i modli się za mnie, jak zawsze to robiła. I myślę, że się cieszy, że jej dziecko żyje w cieniu bazyliki NMP z La Salette w Dębowcu. To jest wyróżnienie także dla Niej!  

Pragnę umacniać i pogłębiać dar wiary, jak najcenniejszy kwiat, który trzeba pielęgnować. Dlatego odprawiam rekolekcje „lectio divina” i inne, dlatego regularnie uczestniczę w katechezie dla dorosłych. Im bardziej uwierzymy, tym goręcej pokochamy, a im bardziej oddamy serce, dusze, rozum i wolę Bogu, tym bardziej nasze życie nabierze pełni i już na ziemi będziemy kosztować spotkania z Bogiem i szczęścia Królestwa Niebieskiego! Dziękuję Panu Bogu, że postawił na mojej drodze wielu wspaniałych, ofiarnych i mądrych kapłanów, że dał mi możliwość studiowania teologii i uczenia dzieci religii, a przede wszystkim za dar świętej Matki!

Iwona Józefiak OCV