homilia

Strojenie odbiornika

220odsłony

Kiedy pewnego razu Jezus modlił się na osobności, a uczniowie byli razem z Nim, zapytał ich: „Co mówią tłumy? Kim według nich jestem?”. Oni odpowiedzieli: „Mówią, że jesteś Janem Chrzcicielem, inni – że Eliaszem, jeszcze inni – że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał”. Zapytał ich: „A według was, kim jestem?”. Wtedy Piotr odpowiedział: „Chrystusem Bożym”. Wówczas stanowczo im nakazał, aby nikomu tego nie mówili. Potem powiedział: „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć, będzie odrzucony przez starszych, wyższych kapłanów i nauczycieli Pisma, zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Do wszystkich zaś mówił: „Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się wyprze samego siebie, niech codziennie bierze swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce ocalić swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mojego powodu, ten je ocali. (Łk 9, 18-24) 

Dobrze jest być sobą. Mieć jedną twarz dla wszystkich. Posiadać jedną tożsamość w każdych okolicznościach. Taki czysty przekaz.

Dzisiaj spotykamy Jezusa, który bada, czy to jak siebie przedstawia jest odbierane w sposób właściwy. Czy ludzie uważają go rzeczywiście za kogoś, kim jest na prawdę. Odpowiedzi Apostołów przypominają nieco strojenie odbiornika radiowego. Pojawiają się odpowiedzi bliskie prawdzie, ale dopiero Piotr trafia w sedno – czysty dźwięk bez szumów. Udało się! Szczęśliwy był Piotr, ale i każdy człowiek dzisiaj, który dostroił się do przekazu Ewangelii, który nie poprzestał na odbiorze byle jakim.

Ale, jak to sprawdzić, czy nasz odbiór jest właściwy, czy nie wkradły się nam zakłócenia, które może nie zakrywają całej prawdy o Jezusie, ale nieco ją redukują? Odpowiedzią jest wypowiedź Jezusa wskazująca na konieczność cierpienia – wzięcia swojego krzyża. Czy jest we mnie zgoda na to, że chcąc być autentycznym jak Jezus będę musiał cierpieć? Czy czasem nie uważam Jezusa jedynie za uzdrowiciela i cudotwórcę, którego jedynym zadaniem jest wymazanie wszelkiego trudu i cierpienia z mojego szarego życia?

Dobrze, kiedy dzieją się wielkie rzeczy mocą Ducha Świętego, kiedy w sposób namacalny doświadczamy tego, że Pan jest z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata, ale nie możemy wyrzucić z chrześcijaństwa cierpienia. Nie odkąd Jezus umarł na krzyżu i zmartwychwstał. To wydarzenie sprawiło, że coś tak beznadziejnego jak cierpienie i ból może się stać narzędziem ku dobremu. To na prawdę dobra nowina. Krzyż to etap do poranka zmartwychwstania. Nigdy cel sam w sobie. Nieść swój krzyż w perspektywie życia, które pokonuje śmierć, to być prawdziwie dobrze nastrojonym. Obyśmy nie zniechęcili się wszelkimi zakłóceniami.