informacjeZmarli

Ks. Anton Truffer MS (1926-2021). Moje wspomnienia o nim.

228wyświetleń

W Niedzielę Miłosierdzia Bożego 11 kwietnia 2021 roku zmarł najstarszy członek naszej prowincji ks. Anton Truffer MS, długoletni misjonarz w Angoli. Wiele można by o nim powiedzieć, ale najważniejsze jest chyba to, że kochał ludzi i to im okazywał. Wraz z jego śmiercią nasze Zgromadzenie poniosło wielką stratę.

Ks. Anton Truffer MS pochodził z Lalden, wsi położonej w kantonie Wallis. Ludzie w tych stronach to prawdziwi górale, którzy bardzo podkreślają swoją odrębność od innych Szwajcarów, między innymi przez to, że posługują się dialektem walizyjskim, najtrudniejszym ze wszystkich szwajcarskich dialektów. Uchodzą też za znawców wina i sera. Dawniej każda tamtejsza rodzina miała swoją własną winnicę. Ziemia walizyjska wydała wielu naszych współbraci, między innymi księży, którzy jako pierwsi saletyni przyjechali do Polski w 1902 roku. Pochodzili oni z położonych niedaleko Lalden wiosek. Dzięki akcjom powołaniowym prowadzonym przez saletynów ks. Anton, znany wszystkim jako Toni, trafił do szkoły apostolskiej założonej przez ks. Van Rotha w Untere Waid. Czasem wspominał, z jakim przejęciem ks. Van Roth opowiadał uczniom o La Salette. Gdy uczniowie mieli wątpliwości, czy aby na pewno objawienie miało taki przebieg jak opowiadał, ten miał w zwyczaju mówić, że on historię objawienia zna od Melanii, więc nie może być mowy o pomyłce. 

Po ukończeniu formacji w Untere Waid Toni odbył nowicjat w Balzers (Liechtenstein), a po pierwszych ślubach w 1950 roku wyjechał na studia do Rzymu. Wspominał to jako czas, w którym bardzo poszerzył swoje horyzonty i dobrze poznał nasze Zgromadzenie, a przy okazji biegle nauczył się włoskiego i łaciny. Zaraz po święceniach pracował jako wikariusz przy katedrze w St. Gallen. Następnie jako jeden z pierwszych saletynów wyjechał na misje do Angoli. Dzięki pogodnemu usposobieniu, łatwości w nawiązywaniu kontaktów i znajomości języka mbundu szybko zdobył zaufanie i szacunek miejscowej ludności. Był misjonarzem z krwi i kości. Widział wielką potrzebę formacji duchowej i intelektualnej Afrykańczyków. W tym celu wybudował szkołę katechistów i centrum duchowości. Dzięki rozległym kontaktom (jego krewnym był m.in. prezes FIFA Sepp Blatter) potrafił pozyskiwać środki na cele misyjne. Angolańczycy bardzo szybko się do niego przywiązali i cenili go za to, że pozostał w nimi, nawet gdy w 1975 roku wybuchła w kraju wojna domowa, która trwała przez 27 lat. Kiedyś jedną z jego parafii wizytował biskup. Ponieważ nie znał on miejscowego języka, Toni tłumaczył jego kazanie. W trakcie kazania Toni dodał od siebie kilka zdań krytycznych wobec władzy, która nie respektowała praw człowieka i pod byle pretekstem rozstrzeliwała ludzi. Słuchający tego żołnierze aresztowali go za potępianie działań wojennych. Z aresztu wyszedł dopiero wtedy, gdy biskup interweniował w rządzie, wyjaśniając, że Toni był jedynie tłumaczem jego słów, co w rzeczywistości mijało się z prawdą. 

W Afryce prowadził proste życie, utrzymując się głównie z rolnictwa, gdyż ludzie byli zbyt biedni, aby utrzymać księdza. Kiedyś stado małp splądrowało jego pole kukurydzy. Aby je odstraszyć, pobiegł do domu po broń i oddał kilka strzałów w ich stronę. Jedna z małp została postrzelona i padła na ziemię. Mówił, że wtedy całe stado wpadło w furię i rzuciło się na niego, tak że musiał się zamknąć na plebanii. Potem przez okno obserwował, jak małpy „opłakiwały” swoją współtowarzyszkę, która się wykrwawiła. W tym dniu przysiągł sobie, że nigdy więcej nie weźmie broni do ręki.

W latach 80-tych wrócił na krótko do Europy, aby podratować swoje zdrowie. Objął wtedy na dwa lata probostwo w Engerazhofen, gdzie dzisiaj pracują ks. Robert Śliwa MS i ks. Robert Gubała MS. Po tym czasie wrócił do Angoli, gdzie pozostał do 1993 roku. Mając 67 lat, zdecydował o powrocie do ojczyzny. Nie myślał jednak o emeryturze. Jeszcze przez prawie 10 lat pracował jako duszpasterz Portugalczyków osiadłych w jego rodzinnym kantonie. W 2002 roku przeprowadził się do Balzers i stamtąd co jakiś czas, aż do dziewięćdziesiątego roku życia, dojeżdżał do Zurychu pomagać w duszpasterstwie osób mówiących po portugalsku.

Był człowiekiem bardzo wykształconym, który miał łatwość uczenia się. Oprócz dialektu walizyjskiego i języka niemieckiego mówił również biegle po francusku, portugalsku, angielsku, włosku, hiszpańsku, w języku mbundu i w kilku innych dialektach afrykańskich. Mimo wielu lat spędzonych na misjach nie zaniedbywał swojej formacji teologicznej. Pilnie śledził nowości na teologicznym rynku wydawniczym. Znał dobrze dzieła Hansa Ursa von Balthasara, Karla Rahnera, Karla Bartha, Josefa Ratzingera, potrafił krytycznie spojrzeć na Hansa Künga czy Eugena Drewermanna. W wolnych chwilach chętnie zaglądał do ich książek i lubił o nich rozmawiać. Dyskusje te były niemałym wyzwaniem dla rozmówców, którzy najczęściej nie dorównywali mu poziomem wiedzy. Nigdy jednak nie okazywał swojej wyższości z tego powodu. 

Uważał, że w Zgromadzeniu powinniśmy kłaść duży nacisk na wykształcenie i formację duchową. Tego uczyli go starsi księża, m.in. ks. Van Roth i ks. Loretan, których znał osobiście. Ks. Van Rotha znał krótko, gdyż ten umarł, gdy Toni miał 15 lat. Bardziej znał ks. Loretana, którego zapamiętał jako towarzyskiego wujka ze Stanów Zjednoczonych. Gdy Loretan umierał w Wallis, opiekowała się nim siostra Toniego, pielęgniarka z wykształcenia. 

Potrafił krytycznie patrzeć na nasze życie zakonne. Doświadczenie biedy na misjach spowodowało, że miał inne spojrzenie na ślub ubóstwa niż wielu z nas. Drażniły go markowe ubrania i gadżety. O tak zwanych „księżach gadżeciarzach” mówił, że oni powinni składać przynajmniej ślub skromności, skoro nie potrafią żyć ubóstwem. Sam otrzymywał dużo prezentów. Cieszył się nimi przez kilka dni, a potem oddawał komuś innemu. Zawsze jednak zatrzymywał książki, którymi miał zastawiony cały pokój.

Kochał La Salette. Na stopie kielicha, który otrzymał na prymicje znajduje się wizerunek Matki Bożej z La Salette. Przez całe życie używał tylko tego kielicha do sprawowania Mszy św. Woził go ze sobą po Afryce i przywiózł do Europy, przechodząc na emeryturę. Był to dla niego ważny element tożsamości saletyńskiej. Drugim był sakrament pojednania. Gdy był studentem w Rzymie, spowiadał się u ks. Michała Kolbucha MS i to on był jego ideałem spowiednika. Mówił, że nasz rodak był bardzo łagodny, ale umiał trafnie oceniać sytuację. Gdy pracował jako misjonarz w Angoli, potrafił spowiadać przez trzy dni z rzędu od wschodu do zachodu słońca. Po trzech dniach udzielał pozostałym czekającym ogólnego rozgrzeszenia i szedł pieszo do kolejnej misji. 

Był człowiekiem nad wyraz towarzyskim, który kochał życie wspólnotowe. Przejął w tym chyba mentalność afrykańską. Drzwi od jego pokoju praktycznie nigdy się nie zamykały. Miał nieustanne odwiedziny. Ze wszystkimi był po imieniu, a do siebie kazał mówić „Toni”. Dla Angolańczyków i Portugalczyków był „Padre Antonio”. Chłodnych w obejściu Szwajcarów, którzy najczęściej ograniczają się w kontaktach do podania ręki, ściskał i przytulał. Tym sposobem bycia szybko skracał dystans i burzył wiele murów. Jednym z jego największych przymiotów było poczucie humoru. Ciężko znaleźć zdjęcia, na których Toni się nie uśmiechał. Śmiechem potrafił rozładować największe napięcia we wspólnocie. Gdy któryś z księży narzekał, że musi przygotować kolejne kazanie czy ochrzcić kolejne dziecko, mówił: „Ja w Angoli chrzciłem za jednym razem tyle osób, ile ty ochrzciłeś przez całe życie, a nie przypominam sobie, żebym kiedyś narzekał z tego powodu…”. Jednocześnie cieszył się sukcesami innych współbraci. Chętnie i bez zazdrości opowiadał o zasługach innych. 

Cenił dobrą kuchnię i dobre wino. Jako rodowity Walizyjczyk uchodził za eksperta w tej sprawie. Kiedyś wystawiliśmy go na próbę, podając mu w niedzielę do obiadu gorsze wino, które znajdowało się w butelce o takim samym kształcie jak to lepsze, a dla nas, laików, również miało taki sam smak jak wino, które zazwyczaj było podawane w niedzielę do obiadu. Po spróbowaniu odrobiny Toni wstał od stołu i wylał je do zlewu. Stwierdził, że lepiej pić wodę niż byle co. Jednocześnie nie bał się nowości. Mimo że miał ponad 90 lat, chętnie korzystał z Internetu, miał swój profil na Facebooku, używał Skype’a, aby dzwonić do znajomych na całym świecie. Chętnie testował nowe programy komputerowe. Raz w miesiącu czyściłem mu komputer z wszystkiego, co zainstalował i później nie używał.

Często zapraszał mnie do siebie do pokoju, aby porozmawiać o Zgromadzeniu, pytał, jak pracują saletyni w Polsce, interesował się sanktuarium w La Salette, pytał o współbraci, którzy tam posługują. Zależało mu, aby młodsi znali swoje korzenie. Mówił, że bez tego nie może być mowy o jakiejś silnej tożsamości. Kiedyś wybraliśmy się razem do Zermatt, by odwiedzić prawie już stuletniego wówczas ks. Emila Truffera MS. Chciał, aby ks. Emil jako były generał sam opowiedział mi trochę o Zgromadzeniu. Po drodze zatrzymaliśmy się w jego domu rodzinnym. Gdy wyjrzał przez okno, odezwała się w nim jego góralska natura. Powiedział: „Czy widziałeś kiedyś piękniejszy widok niż ten prastary lodowiec leżący na wysokich górach? Obok takiego widoku nie można przejść obojętnie. Urządzimy sobie tutaj aperitif i popatrzymy trochę”.

Spędziliśmy w jednej wspólnocie prawie dziewięć lat. Zapamiętam Go jako człowieka zawsze uśmiechniętego, braterskiego, kochającego misje i Zgromadzenie. Gdy wyjeżdżałem z Liechtensteinu, zaprosił mnie do siebie i powiedział, że ma dla mnie prezent, który dostanę dopiero po jego śmierci. W jego domu rodzinnym przygotował dla mnie wszystkie dzieła Karla Rahnera, do których sam wracał, będąc na wakacjach. Zobowiązał mnie do ich przeczytania. Nie wiem, czy podołam temu wyzwaniu. Chciał również, aby w Prowincji powstało coś w rodzaju muzeum misyjnego lub misyjnej izby pamięci. Zadeklarował, że przekaże tam wszystkie pamiątki, jakie przywiózł ze sobą z Afryki. 

Zmarł w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, 11 kwietnia 2021 roku. Można by o nim jeszcze wiele powiedzieć, jednak najważniejsze jest chyba to, że kochał ludzi i to im okazywał. Wraz z jego śmiercią nasze Zgromadzenie poniosło wielką stratę. Pogrzeb ks. Antona Truffera MS odbył się 14 kwietnia w Balzers. Niech spoczywa w pokoju.