homilia

Chrześcijanin – duma czy pośmiewisko?

333odsłony

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. (Łk 14,25-33) 

Jezus kreśli przed nami dwa obrazy – niedokończonej budowli i nielicznego wojska. Cena jednak, którą płacą bohaterowie tych historii, jest i tak w słowach Jezusa stosunkowo niska. Lekkomyślny budowniczy naraził się na drwiny, a król może prosić o warunki pokoju. Życie bywa nieraz dużo bardziej brutalne. Budowniczy mógłby zostać bankrutem, a zaatakowany król nawet stracić życie!

Jezus przez wspomniane porównania pragnie zadać pytanie o nasze zaangażowanie: jeśli chcesz być uczniem Chrystusa, będzie to miało także pewne konsekwencje. To pytanie o ilość i o jakość. Kiedy decydujemy się na chrześcijaństwo, na obecność i działanie Boga w naszym życiu, spodziewamy się słusznie wielu dobrych owoców – obiecanych miłości, radości, pokoju, łaski Bożej, Jego błogosławieństwa, pomocy w codzienności, i tak można by wyliczać jeszcze długo… A nieraz tych owoców przez długi czas nie widać, albo są niezadowalające. Dobrze jest wtedy zadać sobie pytanie o zaangażowanie – ile jestem w stanie poświęcić, żeby pójść za Jezusem, za Ewangelią, sumieniem, powołaniem? Przecież jest to sprawa, która wymaga zaangażowania obu stron. Skoro nie ma dobrych owoców, może jest ono niewystarczające?

Nieraz chrześcijaństwo, z którym spotykamy się w naszych parafiach, wspólnotach, czy też ludziach deklarujących się jako wierzący, wygląda właśnie jak niedokończona budowla, która budzi śmiech i politowanie, albo armia, z którą strach byłoby wyruszyć w jakikolwiek bój, więc lepiej od razu wywiesić białą flagę. Żywotność Kościoła zależy wprost o zaangażowania w życie duchowe poszczególnych jego członków. Jeśli jest ono niewielkie, Bóg nie ma przestrzeni w nas, by zadziałać z pełną mocą, z całą hojnością. Przyglądnijmy się najprostszemu probierzowi – modlitwie. Ile mamy na nią czasu? Jaka jest jej jakość? Co w niej się zmieniło na lepsze w ostatnich kilku latach? Tak można by zapytać jeszcze o spowiedź, niedzielną Eucharystię, Biblię i wiele innych czynników składających się na nasze duchowe życie.

W obecnej dobie pada niejednokrotnie pytanie o to, czy Kościół przetrwa ataki zewnętrzne i wewnętrzne trudności, których nie brakuje. W historii już wiele razy zdarzało się, że nieliczne armie wygrywały wielkie bitwy. Decydowała jakość wyszkolenia, hart ducha i zdolność do poświęceń. Może w wielu sytuacjach chrześcijaństwo jest dzisiaj wystawione na pośmiewisko, jednak ciągle na szczęście nie brakuje i tych, których zaangażowanie nawet u wrogów Kościoła budzi szacunek i respekt. Jakie jest Twoje zaangażowanie?