homilia

Zawstydzający chrzest

345wyświetleń

Gdy lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w swych sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem».

Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił nad Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: «Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie»

(Łk 3, 15-16.21-22)

Rzeka Jordan jest obecnie miejscem katastrofy ekologicznej: spływają do niej ścieki i odpady z gospodarstw rolnych i stawów rybnych. Woda jest mętna, w kolorze zgniłej zieleni. Pewnie w czasach, gdy Jan udzielał tam chrztu, nie wyglądało to tak źle, ale wyobrażenie sobie tej sceny „nad świętym, brudnym Jordanem” paradoksalnie pomaga nam jeszcze lepiej zrozumieć, co się wydarzyło, kiedy w kolejce do Chrzciciela ustawił się Jezus.

Święty Mateusz pisze, że do Jana przychodzili wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, całej Judei i całej okolicy nadjordańskiej. On chrzcił ich w rzece, a oni wyznawali swoje grzechy. Brudna, mętna woda Jordanu może kojarzyć się nam z tymi wszystkimi nieprawościami, które pragnący nawrócenia Izraelici wyznawali wobec Jana. I oto wydarza się scena, którą pierwsi chrześcijanie byli bardzo zawstydzeni. Pierwotny Kościół przedstawiał Jezusa jako Syna Bożego, Mesjasza, Wcielone Słowo. Czemu więc Mesjasz miałby stanąć w kolejce do Jana, ramię w ramię z tymi, którzy przyszli przyjąć chrzest na odpuszczenie grzechów? Czemu Jezus prosi Jana, aby ten Go zanurzył w mętnych wodach Jordanu? Każdy, kto przechodził obok, mógł wskazać na Niego i powiedzieć: „Zobaczcie, to jeden z tych grzeszników, który stoi i czeka na przyjęcie chrztu na odpuszczenie grzechów”.

Głębia tej sceny kryje się w tym, że jest właśnie taka zawstydzająca. Jezus identyfikuje się z nami, grzesznikami. On jest bez grzechu, nie potrzebuje zbawienia, ale mimo to staje solidarnie obok nas. Nie jest Bogiem dalekim, który tylko pokazuje: to jest dobre, a to złe; tak czyń, a tego unikaj. On zniża się i łączy z nami, wchodzi do tej samej brudnej wody, w której stoimy, żeby nas z niej wyciągnąć. Staje blisko, żeby oczyścić nas z wszelkiego brudu duchowego.

Pierwszy człowiek – Adam – chciał być na równi z Bogiem i przez to sprowadził na siebie śmierć. Nowy Adam – Chrystus – staje na równi z człowiekiem, przyjmując wszystkie konsekwencje (sam nie jest grzeszny, ale pozwala, by grzech go dotknął), i dzięki temu przywraca mu utracone życie.

Mówi się, że miarą naszej wielkości jest to, jak podchodzimy do słabszych od siebie. Boga nikt nie może w tej wielkości prześcignąć. Najświętszy, Przeczysty zniża się do nas, pobrudzonych winami, stojących w zgniłozielonej, mętnej wodzie naszych grzechów, i bierze to na siebie, by przywrócić nam czystość. Tak wiele dla Niego znaczymy.