Posłaniec MBS

Bierzmowanie – (nie)poważny sakrament

488wyświetleń

Spotkanie z młodzieżą w czasie weekendowego wyjazdu. Ksiądz i świecki katecheta stają w ogniu ciekawych i szczerych pytań. Młodzież nie jest już nastawiona negatywnie, a pytania nie są kąśliwe, chociaż trudne. Głos zabiera Karolina (imię zmienione): „Czy jeśli pod wpływem presji, niebezpieczeństwa czy prześladowania chrześcijanin zaprze się wiary i wyrzeknie się Jezusa, to pójdzie do piekła?”.

Chwila ciszy. W powietrzu czuć nerwowe oczekiwanie na odpowiedź. Udzielił jej katecheta: „Kiedy taka sytuacja zdarzy się komuś, kto nie przyjął bierzmowania, to… – Znów chwila ciszy. – …to będzie mu wybaczone”. Nie powiedział nic więcej. Nikogo nie potępił. Młodzieży pozostał w sercu smak tego, do czego się przygotowują. Odpowiedź mojego przyjaciela wprawiła nas w drżenie. Odniosłem wrażenie, że ci młodzi ludzie pierwszy raz w życiu uświadomili sobie, że wraz z sakramentem bierzmowania przyjmują na siebie jakieś zobowiązanie. Miałem przez chwilę wątpliwości, czy odpowiedź nie była zbyt radykalna. Otworzyłem katechizm i przeczytałem: „przez sakrament bierzmowania (ochrzczeni) jeszcze ściślej wiążą się z Kościołem i otrzymują szczególną moc Ducha Świętego, i w ten sposób jeszcze mocniej zobowiązani są, jako prawdziwi świadkowie Chrystusa, do szerzenia wiary słowem i uczynkiem oraz do bronienia jej” (KKK 1285). Ta rozmowa zdarzyła się w czasie jednego z Bierzmozlotów (w dalszej części wyjaśnię znaczenie tego dziwnego słowa). Przywołałem ją, ponieważ pamiętam, że ona nam wszystkim uświadomiła ważność i moc bierzmowania.

Powiedzmy sobie szczerze, często traktujemy ten sakrament po macoszemu. Rodzice nieraz wręcz „wpychają” swoje pociechy w przygotowanie do bierzmowania. Dzieciaki albo nie mają nic do powiedzenia, albo na swoim etapie dojrzałości, że nie są jeszcze w stanie podejmować samodzielnych decyzji. Ci sami rodzice kilka lat później każą temu „dziecku” mocno się zastanawiać, kiedy wyrazi chęć przyjęcia sakramentu małżeństwa czy kapłaństwa. Wiemy, że za sakramentalnym „tak” stoi jakieś zobowiązanie, ale w odniesieniu do bierzmowania nie mamy takiego przeświadczenia. A przecież z nim też są związane jakieś zadania, ten sakrament również naznacza nasze życie. Nie jest mniej sakramentalny od innych sakramentów.

Nam, księżom, także brakuje świadomości, że wymaga on dojrzałej decyzji o pójściu za Chrystusem. Zdarza się nam, że traktujemy przygotowanie do bierzmowania jak kolejne zadanie duszpasterskie, jak zorganizowanie pielgrzymki czy rekolekcji oazowych. Wielu księży żyje w fałszywym przekonaniu, że duża liczba bierzmowanej młodzieży świadczy o duchowym bogactwie parafii. Ta iluzja brutalnie zderza się z prawdą, że zdecydowana większość tych ludzi po przyjętym sakramencie nie wraca już do świątyni. W ten sposób robimy im krzywdę. Nijakość ich wiary zostaje w pewnym sensie zaakceptowana. Uznani za dojrzałych, nie mają już do czego dorastać. Zmiana tego nastawienia jest według mnie priorytetowym zadaniem Kościoła.

Dojrzałość, a nie wiek

Mamy tendencję, by określać wiek przyjęcia bierzmowania. Kiedy biskup wyznaczy dolną granicę, natychmiast odpowiedni rocznik młodzieży zgłasza się do przygotowania. Dzieje się to przy akceptacji i często nieukrywanej radości duszpasterzy. Nikt, albo prawie nikt, nie zastanawia się, ilu z tych młodych ludzi jest już w stanie podejmować samodzielne, odpowiedzialne decyzje. Jestem przekonany, że wielu z nich jest wciąż „dziećmi swoich rodziców”. Ich dojrzałe „ja” jeszcze się nie ukształtowało lub jest właśnie w procesie tworzenia się. Uparliśmy się, żeby prosić o ważne decyzje tych, którzy nie są na to gotowi.

Ponieważ młodzi pomimo tego braku gotowości muszą udzielić jakiejś odpowiedzi, odpowiadają zgodnie z oczekiwaniami pytających. Posłużę się przykładem. Ksiądz zadaje 16-letniemu kandydatowi pytanie: „Czy chcesz przyjąć sakrament bierzmowania?”. Chłopak jest grzeczny, nauczył się katechizmu, uczestniczył w spotkaniach. Mama zapisała go do bierzmowania. Jest cichy, spokojny, trochę zamknięty i poddany rodzicom. Ewidentnie nie ma jeszcze „mocy”, żeby o czymkolwiek decydować. Nie nosi nawet w sobie takiego roszczenia. Ksiądz usłyszy oczywiście: „Tak”, a 99% duszpasterzy uzna, iż należy udzielić temu chłopcu sakramentu. Na jakiej podstawie? Brakuje przecież podstawowego elementu: świadomej i dobrowolnej decyzji.

Należy uszanować dynamikę wzrostu młodego człowieka. Stawianie go przed decyzją, której nie jest w stanie jeszcze podjąć, ma znamiona manipulacji. Może boimy się, że kiedy pytanie zadamy ludziom już dojrzałym, to nie usłyszymy chóralnego „tak”. Bierzmowanych chrześcijan byłoby może zdecydowanie mniej, ale jakość ich decyzji – na pewno lepsza.

Co więc zrobić? Wydaje mi się, że najlepiej zrezygnować z praktyki bierzmowania w określonej klasie. Wystarczy otworzyć przy parafii grupę katechumenatu, do której można się zapisać po ukończeniu 18 roku życia. Zawiązująca się grupa katechumenalna gromadziłaby osoby w różnym wieku, ale zdolne do podejmowania wolnych, dojrzałych i odpowiedzialnych decyzji oraz mające oczywiście jakieś życie duchowe.

Wiara, a nie wiedza

Drugim ważnym elementem przygotowania jest jego treść. Duszpasterze często koncentrują się na dostarczeniu kandydatom wiedzy. Taka praktyka jest niespójna z celami tej formacji. Młodzi ludzie mają stać się świadkami wiary. Problemem nie jest to, że mało o Jezusie wiedzą, ale to, że wielu z nich nigdy Go osobiście nie spotkało. Jeśli zaniedbamy ten ostatni element, to Chrystus pozostanie w ich pojęciu tylko sławnym cudotwórcą, z którym tak naprawdę nic ich nie łączy. Nie mogą świadczyć o kimś, kogo nie znają. W centrum przygotowania do bierzmowania stoi zatem pytanie: „Kim jest dla ciebie Jezus? Co cię z Nim łączy?”.

Bardzo dobrym wzorcem do tworzenia programów pracy z kandydatami jest obrzęd chrztu dorosłych. W centrum tego obrzędu jest wyznanie wiary kandydata, w którym chodzi nie o znajomość doktryny, ale o więź z Jezusem, o zaufanie Mu. W oparciu o tę najważniejszą relację kandydat ma zmieniać i układać na nowo swoje życie. Musimy więc zastanawiać się nie nad tym, jak młodych ludzi czegoś nauczyć, ale jak im pomóc przeżyć osobiste spotkanie z Jezusem.

Relacja, a nie tresura

Nie ma formacji bez relacji. Ksiądz czy świecki, który bierze na siebie odpowiedzialność za przygotowanie młodzieży do bierzmowania, a jednocześnie nie ma ochoty tworzyć z nimi więzi, jest skazany na porażkę. Nie dadzą się nigdzie poprowadzić. Bez zaufania nie wyruszą w żadną duchową podróż.

Relacja, o której piszę, nie ma mieć charakteru przyjaźni czy kumplostwa. Modelem może być na przykład miłość ojcowska. Wówczas kandydat nie jest tylko numerem w księdze, ale konkretną osobą z własną historią, którą trzeba pokochać, zanim się ją gdziekolwiek zaprowadzi.

Ponieważ uważam relację za jeden najważniejszych elementów procesu formacyjnego, jestem przekonany o bezsensie prowadzenia przygotowania w dużej grupie (np. 100 osób). Nie ma wtedy mowy o więziach. Uczestnicy nie są w stanie stworzyć wspólnoty, a prowadzący nie ma możliwości, by zapamiętać chociaż imię każdej z osób.

Podpowiedzi praktyczne

Zapisy kandydatów

Powszechna jest sytuacja, kiedy rodzice przychodzą do księdza, by „zapisać” córkę czy syna na przygotowanie. Zgoda na taką praktykę to błąd. Przyjście osobiście i wyrażenie prośby są już aktami decyzji młodego człowieka. Poza tym moment jego pierwszego spotkania z duszpasterzem będzie okazją do poznania się i stworzenia jakichś zrębów relacji. Gdy już przyjdzie na plebanię, warto zaproponować kawę albo herbatę, zamienić parę zdań i trochę „odczarować” obrośniętą stereotypami figurę księdza.

Nigdy nie prowadziłem zapisów w szkole. Szkoła jest przestrzenią wiedzy, a w przygotowaniu do bierzmowania nie chodzi o wiedzę. Nie powinno się też dawać jakichś szczególnych ogłoszeń w takim miejscu.

W czasie zapisów kandydat musi otrzymać pełną informację o programie. Nigdy nikogo nie zmuszałem do brania udziału w takiej akurat formacji. Jeśli chciał, otrzymywał pozwolenie na przygotowywanie się w innej parafii.

Spotkania

Odbywały się regularnie co dwa tygodnie i miały zróżnicowaną formę. Przygotowywałem je wraz z ekipą młodych osób, które przyjęły bierzmowanie wcześniej. Nie jestem w stanie opisać całego programu, ale skupię się na jednej, bardzo ważnej rzeczy. Zanim zacząłem coś robić, pisałem projekt. Popełniamy często „grzech śmiertelny” w pracy duszpasterskiej, działając całkowicie spontanicznie. W projekcie muszą się znaleźć takie elementy, jak: opis kontekstu, cele, tematy i proponowane formy spotkań, kluczowe daty, sposób oceny projektu. Wiem, że brzmi to trochę jak akademicki bełkot, ale jeśli nie będziemy pisać projektów, szybko się pogubimy i zaczniemy wymyślać tematy ze spotkania na spotkanie. Wówczas program się rozsypie, a duszpasterza dopadnie zniechęcenie.

Bierzmozloty

To czas szczególnej formacji, związany z wyjazdami. Pierwszy odbywał się na początku formacji. Jego celem było zawiązanie wspólnoty. Chodziło o to, żeby ta niewielka (30 osobowa) grupa nieco się poznała (młodzi pochodzili z różnych szkół), a przede wszystkim, by zaczęła rozumieć siebie jako mały, ale prawdziwy Kościół. W czasie wyjazdu panowały zasady będące podstawą życia pierwszych wspólnot chrześcijańskich: „Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach” (Dz 2,42).

  • Nauka apostołów. Każdy wyjazd miał swoje treści ewangelizacyjne. Odbywały się konferencje, ale nie na zasadach szkolnych. Towarzyszyły im różnego rodzaju prezentacje, prace w grupach, dyskusje. Tematem był kerygmat.
  • We wspólnocie. Bierzmozlot był również czasem integracji. Staraliśmy się, aby między uczestnikami (z nami włącznie) tworzyły się więzi. Organizowaliśmy w tym celu na przykład gry terenowe. Spędzaliśmy z młodzieżą sporo czasu na całkowicie nieformalnych rozmowach.
  • W łamaniu chleba. Uczestniczyliśmy wspólnie w Eucharystii prowadzonej w taki sposób, by ułatwić młodzieży świadome jej przeżywanie. Wspólnie przygotowywaliśmy śpiew i komentarze wyjaśniające poszczególne elementy. Ważne, aby młodzi mieli okazję poczuć, że tworzą wspólnotę eucharystyczną. Bardzo często są to dla nich pierwsze doświadczenia, kiedy nie są jedynie widzami „spektaklu” podczas liturgii.
  • W modlitwach. Modlitwa często kojarzy się młodym ludziom z czymś nudnym. Ta przygotowywana w czasie Bierzmozlotu ma zazwyczaj charakter przeżyciowy. Młodzi często słyszą, że modlitwa to rozmowa z Bogiem. Żeby rozmowa była możliwa, musi dojść do spotkania. Przeznaczamy zawsze na nią sporo czasu, przygotowujemy ją starannie. Dla wielu uczestników takie chwile, kiedy klęczeli lub siedzieli metr od Najświętszego Sakramentu, stawały się momentem przełomowym. Staraliśmy się, by treści modlitw tworzyli wszyscy uczestnicy i rezygnowaliśmy z kościelnych formuł. Często zdarzały się sytuacje, kiedy młodzi po zakończeniu godzinnej adoracji prosili nas (prowadzących) o możliwość kontynuowania indywidualnie albo w grupie.

Wyjazd odbywał się zawsze na początku października. Panowała żelazna zasada: po pierwszym wyjeździe nikt nie może dołączyć do formacji. Drugi wyjazd wyglądał podobnie. Miał miejsce dwa tygodnie przed bierzmowaniem. W swych treściach był już bezpośrednim przygotowaniem do sakramentu.

Indeksy bierzmowanych

Uważam, że są niepotrzebne. Wprowadzając książeczki z podpisami, wykazujemy się raczej niekonsekwencją niż przezornością. Z jednej strony oczekujemy jakichś samodzielnych decyzji, chcemy doprowadzać do dojrzałości chrześcijańskiej, a z drugiej – traktujemy kandydatów jak małe dzieci, które trzeba kontrolować. Jeśli prowadzący ma dobrą relację z uczestnikami, to może po prostu o Eucharystii porozmawiać. Nie chodzi tylko o to, by zadać pytanie: „Czy chodzisz na Mszę Świętą?”. Lepiej jest zapytać: „Ile z niej rozumiesz? Co ci przeszkadza? Jak ci mogę pomóc?”. Przygotowanie ma zmierzać do tego, by kandydat chciał chodzić na Eucharystię, a nie tylko, by chodził.

Co dalej?

W czasie drugiego Bierzmozlotu staramy się nakreślić młodym ludziom możliwości dalszego rozwoju wiary. Mówimy o różnego rodzaju wspólnotach działających w naszej parafii i w innych parafiach. Bardzo mnie cieszyło, że wielu bierzmowanych włączało się w oazę, neokatechumenat, KSM czy inne grupy. Młodzi, którzy zasmakowali w czasie formacji piękna i wartości wspólnoty, muszą dostać takie propozycje. Dramatem dla bierzmowanych jest sytuacja, kiedy nie ma dla nich miejsca do dalszego wzrostu we wspólnocie parafialnej.

Wydaje się, że przy udzielaniu tego sakramentu z powodzeniem można zastosować praktykę i doświadczenie wczesnochrześcijańskiego katechumenatu. Gdybyśmy spróbowali tak przygotować młodzież do bierzmowania, jak przygotowywani byli do chrztu nasi ojcowie, odzyskalibyśmy dla niej możliwość odkrycia na nowo tajemnicy własnego chrztu. Tym razem jednak to oni osobiście muszą wyznać wiarę (nie wiedzę). W Kościele, w którym udziela się chrztu dzieciom, moment bierzmowania jest bardzo ważny – jest pierwszym sakramentem, który opiera się na wolnej i świadomej decyzji. Spróbujmy nie odzierać go z tak ważnych elementów, jak: wiara, świadomość, wolność. W przeciwnym razie bierzmowanie pozostanie jedynie mało znaczącym epizodem, po którym nikt nie będzie chciał przyjąć jakiegokolwiek prześladowania ze względu na Jezusa, nie mówiąc o męczeństwie.

ks. Marcin Sitek MS


Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „La Salette. Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej” – Bierzmowanie i co dalej? (nr 3/2019)

Zapraszamy na stronę internetową: https://poslaniec.saletyni.pl/produkt/bierzmowanie-i-co-dalej-poslaniec-nr-3-2019/