Posłaniec MBS

Na wojnie nie ma niewierzących

450wyświetleń

Z dyrektor Centrum Edukacji Mundurowej w Ełku, podporucznik Wojska Polskiego, weteranem 9. i 10. zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie – Agnieszką Pasko rozmawiają Agnieszka Pers i ks. Grzegorz Szczygieł MS.

Jaką pełniłaś funkcję na misji i co było Twoim podstawowym zadaniem?

Wyjeżdżając na misje przeszłam przez sito rekrutacji do Polskiego Kontyngentu. Miałam trafić do szpitala polowego w Ghazni, w dużej bazie, jako pielęgniarka, aby zabezpieczać zabiegi i salę operacyjną. Na miejscu okazało się, że zmieniono plany kadrowe i z Ghazni przerzucono mnie lotem do bazy Warrior – jednej z wysuniętych na pierwszą linię. Wtedy była to baza polsko-amerykańska, licząca około 1200–1500 żołnierzy. Miałam się zajmować zabezpieczeniem medycznym żołnierzy tam stacjonujących, zarówno w trakcie działań w bazie jak i podczas wyjazdów patrolowych. Oprócz tego zabezpieczaliśmy wszystkie operacje wojskowe, które rozgrywały się w okolicy.

fot. arch. A. Pasko

Wojsko ma obowiązek zagwarantować żołnierzowi pomoc w razie urazu, wypadku czy jakiegokolwiek problemu zdrowotnego. Każdy żołnierz musi czuć się pewnie. Musi wiedzieć, że gdyby mu się coś stało, na pewno uzyska pomoc medyczną. W każdym patrolu musiał uczestniczyć przynajmniej jeden medyk. Z wyjazdami było różnie. Czasami był jeden dziennie, czasami było kilka, kilkanaście. Czasami były to wyjazdy kilkudniowe. Czasami były to patrole powietrzne. Czasami były to operacje w innej bazie. Podczas jednego z takich wyjazdów moim zadaniem było szczepienie żołnierzy z sąsiedniej bazy z powodu szalejącej cholery. Wszystko miało trwać 24 godziny. Na miejscu okazało się, że warunki pogodowe, czyli burza piaskowa, uniemożliwiła powrót i utknęłam tam na 2 tygodnie, podczas których przeżyłam pożar i dwa ostrzały. W Afganistanie medyk pełni też rolę mentora. Jeżeli jest potrzeba negocjacji z daną wioską albo miejscowością, która znajduje się w pobliżu bazy i ma to jakikolwiek związek z ochroną zdrowia, zabezpieczeniem żołnierzy czy ludności cywilnej, wtedy z patrolem wyjeżdża medyk-mentor, który spotyka się z merem wioski i omawia sprawy związane z wojskiem czy np. przygotowaniem terenu pod budowę szpitala dla Afgańczyków.

fot. arch. A. Pasko

Trudno jest przewidzieć, jakie zadania nas czekają danego dnia. Trzeba mieć świadomość, że tak naprawdę może się wydarzyć wszystko. Jest to praca 24 godziny na dobę. Śpi się w Izbie Chorych. Gdy przyprowadzają rannego, poszkodowanego, to nie ma znaczenia pora dnia – nie ważne czy wróciłeś z patrolu, czy właśnie wyjeżdżasz. Musisz się nim zająć. Czasami śpi się 3 godziny, czasami śpi się godzinę. Staraliśmy się dzielić zadaniami pomiędzy medykami, ale to nie zawsze wychodziło.

Były też takie historie, kiedy człowiek samemu zgłaszał się na patrol. Większość z medyków uczestniczących w misjach to młodzi ludzie. Ja byłam tam najstarsza. Więc było oczywiste, że do trudnego patrolu zgłoszę się ja, a nie dziewczyna, która może założyć rodzinę i mieć dzieci. Tam się myśli trochę innymi kategoriami. Ludzie się bardzo ze sobą zżywają. Przez całą jedną zmianę byłam tam jedyną pielęgniarką. W połowie drugiej zmiany doleciała do mnie inna dziewczyna i przez długi czas nie było lekarza. Potem na zmianach pojawiali się lekarze z różną specjalnością. Wszyscy stanowiliśmy taki team medyczny, który miał zabezpieczyć ważne rzeczy. Większość z nich się udało.

Mówisz, że na wojnie nie ma ludzi niewierzących. Co to znaczy?

To nie jest tylko moje powiedzenie. Ono funkcjonuje tak naprawdę już od drugiej wojny światowej. My tylko mieliśmy możliwość przekonać się, że to jest prawda. To jest zdanie, które pokazuje jak bardzo ludziom potrzebne są pewne kierunki myślenia, patrzenia na rzeczywistość. Taką rzeczą, którą ja usłyszałam przed wyjazdem na misje i która okazała się prawdą, było: „niczego sobie nie wyobrażaj, bo nic nie będzie zgodne z tym, co jesteś sobie w stanie wyobrazić”. Tam sytuacja jest absolutnie odmienna od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w kraju, do tego zmienia się bardzo dynamicznie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, co wydarzy się za dzień, dwa.

A co może się wydarzyć?

Nie wiem, czy wrócę, czy będę miała ręce, czy będę miała nogi, czy będzie ostrzał, czy wróci mój kolega lub koleżanka, jakie padną rozkazy. Żaden patrol nie jest określony czasowo. W każdej chwili może się zmienić sytuacja albo rozkaz. Wracamy po wykonaniu zadania – patrolowania danego odcinka drogi – po dwóch godzinach i nagle dowiadujemy się, że nastąpiła zmiana i wyjeżdżamy na kolejny patrol, który trwa 8 lub 10 godzin. Nie zawsze z tego patrolu wszyscy wrócą, więc pewne plany się koryguje. Nie patrzymy w przyszłość na zasadzie: co będzie się działo za rok, dwa czy dziesięć lat. Tam życie jest bardzo proste. Jeść. Spać. Przeżyć.

Wróćmy do pytania o wiarę na wojnie. Czy to jest tak, że „jak trwoga to do Boga?”. Czy wiara rodzi się z lęku? Co to w ogóle znaczy wierzyć na wojnie?

Ja niekoniecznie mam prawo mówić za wszystkich, natomiast mogę powiedzieć na podstawie moich obserwacji, czasami wielogodzinnych rozmów w schronie. Moim drugim wykształceniem jest psychologia i mimo, że na misji miałam inną funkcję, to żołnierze często przychodzili do mnie po prostu szczerze porozmawiać. To nie jest tak, że jak trwoga to do Boga. Nie patrzyłabym na to w ten sposób. Na ogół życie na misji jest zupełnie inne niż tutaj w kraju. Tutaj boimy się, że zabraknie nam pieniędzy. Boimy się ludzkiego spojrzenia, plotek. Boimy się tego, że możemy zachorować. Boimy się o rodzinę. Tam strach ma zupełnie inny wymiar – sięga do poziomu granicznego. Człowiek widzi dookoła rzeczy potworne i ma cały czas świadomość, że to może być ostatnia minuta, ostatni dzień, ostatnie zadanie, ostatni wyjazd. Ludzki umysł funkcjonuje w ten sposób, że do pewnego momentu takie silne bodźce jest w stanie wytrzymać, ale potem je wyłącza. Ten strach towarzyszy przeważnie pierwszym wyjazdom i pierwszym patrolom. Potem jest pokonywany i ta bariera znika, więc absolutnie nie powiedziałabym, że wiara była potrzebna ludziom po to, żeby poradzić sobie ze strachem. Widząc, jak wielu żołnierzy uczestniczyło w mszach świętych, mogę wnioskować, że wiara to jest coś, co daje poczucie stabilności.

fot. arch. A. Pasko

Wielu kolegów przychodziło do mnie porozmawiać, nie tylko ze względu na to, że chciałam ich słuchać, ale też ze względu na to, że byłam kobietą. Nie dlatego, że mogłam być obiektem pożądania. Byłam czymś, co przywodziło im na myśl normalny świat. Mówili: „a bo można się pośmiać, bo można pożartować, bo wprowadzasz inny nastrój”. Tak samo wiara, tak samo możliwość uczestniczenia w nabożeństwie, obecność kapelana, to, że ludzie rozmawiają ze sobą na ten temat, w pewien sposób odgradzało nas od tego, co się działo na zewnątrz. Odgradzało nas od wojny. Tak działały święta organizowane przez kapelana. I niekoniecznie mówię o Świętach Bożego Narodzenia czy o Wielkanocy. Na misjach bardzo dużym wydarzeniem jest Uroczystość Wszystkich Świętych. Tak naprawdę każdy na moment przenosi się do domu, do znajomych, do realności, która otaczała nas przed wyjazdem.

To nie jest tak, że ludzie potrzebują poczucia tego, że są zrozumiani tylko i wyłącznie przez kolegów czy znajomych. Tam przebywa się dość długo – od 6 do 10 miesięcy. Ten czas jest ruchomy. Różnie jest z powrotami. To nie jest takie poczucie czasu, jakie my tutaj mamy, dlatego, że jest to przebywanie w absolutnej izolacji. Jesteś na określonym obszarze z tą samą grupą ludzi, stale, codziennie, na okrągło. Trochę jak na okręcie, a trochę jak w więzieniu. My nie mamy możliwości wzięcia przepustki. My nie możemy wyjść poza bazę, bo teren dookoła jest zaminowany. Wchodzi w grę tylko i wyłącznie patrol. Nie ma możliwości, żeby wyjść gdzieś samemu. Nie pójdziesz pobiegać. Nie wyjdziesz popatrzeć na drzewa. Nie wyjdziesz do knajpy posiedzieć przy kawie ze znajomymi. Nie możesz. I masz tego pełną świadomość. Masz świadomość, że każde Twoje samodzielne wyjście może oznaczać, że coś Ci się stanie. Możesz nie wrócić. To poczucie izolacji powoduje, że na czas patrzy się inaczej. Odosobnienie, długi czas spędzony w grupie tych samych ludzi, ogromna adrenalina, bardzo dynamicznie rozwijająca się sytuacja, a w domu zostawione różne sprawy i problemy. Wraz z wyjazdem z kraju nasze problemy nie znikają. Ludzie mają bardzo duże kłopoty – rozpadają się rodziny, bliscy chorują, dzieci mają trudności w szkole, rodzice umierają. Tworzy to ogromne poczucie bezsilności, bo nie można wsiąść w samolot i wrócić. Nie ma pewności, co do tego, że rodzina czy znajomi mówią mi przez telefon wszystko. Może nie chcą mnie martwić. Może próbują mnie pocieszyć. Może nie chcą mnie czymś obarczać. To są bardzo prywatne rzeczy, których nie opowiada się koledze czy koleżance. Z takimi rzeczami idzie się do kapelana. Z takimi rzeczami ludzie zamykają się sami w kaplicy. Sami dyskutują ze sobą, z Bogiem, mają chwilę wyciszenia. Nikt nie wchodzi. Nikt nie przeszkadza.

Ja myślę, że wiara daje przede wszystkim stabilność. Nabiera się poczucia, że jest Ktoś, komu mogę się wyżalić nawet jak nikt nie słyszy. Mam chwilę dla siebie. Baza to jest mały obszar – w obrębie około tysiąca metrów – więc gdziekolwiek się nie pójdzie, trafi się na człowieka. Część żołnierzy jest rozlokowana w namiotach albo drewnianych budkach, w których nigdy nie jest się samemu, więc kaplica jest jedynym miejscem, gdzie można zostać sam na sam ze sobą, ze swoimi myślami, z problemami, z Bogiem. Tam bardzo dużo ludzi chodzi do spowiedzi. Nie wiem na ile są to spowiedzi, a na ile takie długie psychologiczno-socjologiczne dyskusje. Bo ktoś wysłucha i nie przegada. Nie napisze z tego meldunku. Tak wygląda wiara na misji.

Co się mówi Bogu na misji?

Nie prowadziłam rozmów z żołnierzami na temat tego, o co się modlą, czy co mówią na spowiedzi. W kaplicach zawsze są karteczki, na których można napisać intencje, które będą odczytane na mszy. Co ciekawe, ludzie nie modlą się za siebie. Częściej za rozwiązywanie problemów rodzinnych. Nikt nie myśli o tym, że być może to jest jego ostatni dzień, że może coś mu się stanie. Żołnierz nie boi się tego, że zginie. Żołnierz boi się tego, że wróci do kraju kaleką. Jak go wtedy zaakceptuje rodzina, znajomi, jak on sobie poradzi. Tak naprawdę właśnie to jest największe przekleństwo. I każdy modli się o to, że jeśli ma się coś stać, to niech się stanie to najgorsze. Takie prośby zdarzały się bardzo często. Były też prośby o to, żeby ludzie potrafili czekać. To, co my – jako żołnierze – potrafimy najbardziej docenić w naszych bliskich, to umiejętność czekania, bo na nas często trzeba czekać. To nie jest tylko kwestia misji. To poligony, wyjazdy, szkolenia, zgrupowania. Żołnierza często nie ma. I najtrudniejsze w tym jest to, żeby do wspólnego życia znaleźć człowieka, który będzie potrafił na nas czekać. Każdy ma własne intencje, bo problemy nie znikają. Misja nie rozwiązuje problemów. Ona tak naprawdę tylko nas przenosi, stajemy się bardziej bezsilni. Dodatkowo na co dzień musimy sobie radzić z realnym zagrożeniem.

My nie jesteśmy bohaterami. Każdy z nas musi stanąć na wysokości zadania, bo od tego zależy życie kolegów. Na misje nie jedzie się dla siebie. Na misje jedzie się dla kolegów. Nie jedzie się dla kasy. Jadę, bo jadą moi koledzy. Jadę, bo jestem jednym z ekipy. Muszę zabezpieczać swoich kolegów. Łańcuch staje się słabszy nawet, jeśli jeden nie pojedzie. Każdy ma tego świadomość.

Byłaś na misji 21 grudnia 2011 roku – w dniu, w którym zginęło pięciu polskich żołnierzy. Możesz powiedzieć, jak wyglądał ten dzień?

Ten dzień każdy, kto był na 10. zmianie, będzie pamiętał zawsze. To jest jedno z najtrudniejszych doświadczeń mojego życia. Byłam w tym czasie w bazie „Biały Orzeł” w Bagram, powoli szykowałam się do przylotu do kraju i miałam wyznaczony czas powrotu właśnie na 21 grudnia. Byłam już gotowa do wyjazdu. Rano przyszli żołnierze z pytaniem, czy nie przeszłabym się razem z nimi na twarożek, bo to było coś niedostępnego na co dzień.

Bazy żyją bardzo głośno, tam stale coś się dzieje – ktoś przyjeżdża, ludzie dyskutują, śmieją się, ktoś czyści broń. Gdy wracaliśmy, zauważyliśmy, że w miejscach zawsze przepełnionych hałasem, panuje niesamowita cisza. Taka hucząca w uszach. Miałam wrażenie, jakby nie pracowały nawet agregaty prądotwórcze. Wtedy już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, że stało się coś złego. Mijaliśmy pojedyncze osoby palące papierosy. Podeszłam i zapytałam, co się stało. I usłyszałam: nasi zginęli. Ilu? Pięciu. I nawet nikt nie płakał. Panowała kompletna cisza. To był wstrząs dla wszystkich. Trudno było nawet to skomentować.

Lot odwołano. Przyleciał Premier, przyleciały osoby decyzyjne z Ministerstwa Obrony Narodowej. Było tuż przed Wigilią. Amerykanie od razu zaczęli organizować wojskowy pogrzeb. Biegiem zbierano żołnierzy do ceremoniału oraz szukano osób z tego samego patrolu co żołnierze, którzy zginęli. Ich koledzy nie byli w stanie przyjechać na pogrzeb. To był duży wstrząs dla wszystkich. Trafiło na mnie – ponieważ jeździłam w patrolu uznano, że to ja powinnam tych chłopców odprowadzić. Dla mnie było to trudne (pomijając sferę psychologiczną), dlatego że nie posługuję się biegle językiem angielskim. Amerykanie chcieli zrobić to z ogromną godnością. Na płycie lotniska został zorganizowany honorowy pogrzeb i właśnie tam prowadziłam chłopaków, otwierając kondukt z pierwszym portretem i odprowadzałam trumny do samolotu. Było to podwójnie trudne, bo kiedy trumny zostały już umieszczone w samolocie i przykryte flagami, dowiedziałam się, że zmarł kolejny z naszych – jeden z techników lotniczych. To był czarny dzień. Nikt z nas nigdy go nie zapomni.

Co wtedy dzieje się z wiarą?

Wtedy wiara chyba łączy. To nie chodzi o wyznanie – tam spotykają się ludzie różnych wyznań i różnych poglądów na świat. Myślę, że taki moment łączy wszystkich. Taka cisza, szacunek do najwyższej ofiary. Wiara to nie liczba przeklęczanych w kościele godzin. Wiarę odzwierciedla szacunek do zmarłych, także do poległego wroga. Szacunek do tego, który zginął z naszej ręki. My nie pastwimy się nad ofiarami, staramy się zachować z godnością, chociażby jeśli chodzi o wydawanie ciał poległych – z zachowaniem zasad ich kultury, ich wiary. Mieliśmy jasno określone, że mamy wydać zwłoki przedstawicielom wioski do zachodu słońca, bo wtedy muszą zostać pochowane. I to jest kwestia tego, co człowiekowi wpojono, czego go nauczono – zmarłym należy oddać cześć. To wszystko się wynosi z dekalogu, z tego, czego człowiek uczy się od dziecka.

Wiara uczy nas szacunku do wszystkiego. Daje nam poczucie stabilności. Sprawia, że potrafimy sobie poradzić w ciężkich sytuacjach, że mamy gdzie pójść i komu się wypłakać, porozmawiać z kimś. Mnie wiara chrześcijańska kojarzy się z rozwojem cywilizacji. Nie chcę, żeby to brzmiało górnolotnie, ale to rzeczywiście daje jakieś podwaliny naszej kultury.

Kiedy dostaje się informację, że ginie pięciu kolegów, którzy też się modlili, mieli rodziny, ktoś się za nich modlił, żeby wrócili do domu, czy nie traci się wiary?

Ja nie mieszałabym w to Boga. Myślę, że wtedy nikt nie szuka wytłumaczenia w ten sposób. My jedziemy tam podpisując dokumenty. W charakter naszej służby wpisana jest ofiara. My liczymy się z tym, że tak się może zdarzyć. Żołnierz ma służyć, a w służbę wpisana jest możliwości oddania życia. I nikt w tym momencie nie ma żalu do Boga, że coś się wydarzyło. Przecież my sami decydowaliśmy się na taką, a nie inną służbę. Nikt nas do tego nie zmuszał. To jest zawód, który sami sobie wybraliśmy. Szewc, który naprawia buty i uderzy młotkiem w palec, nie przeklina Boga. Taką ma pracę. Jeśli lekarzowi nie uda się uratować pacjenta, to też nie obwinia za to Boga. Ma świadomość tego, że w pewnym momencie kończą się jego możliwości. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Albo my ich, albo oni nas. Tutaj chodzi oto żeby częściej „my ich, niż oni nas”. Ale nie mieszamy w to Boga. Ja nie słyszałam jeszcze, aby ktokolwiek podchodził do tego w ten sposób. Do Boga mamy pretensje o coś innego. I z tym spotkałam się bardzo często.

O co?

O sytuacje, które widzimy. Jadę z kolegami do wioski i widzę, w jakich warunkach żyją ci ludzie. Większość z nich to są analfabeci, chodzą brudni, głodni. To nie jest ich wina. Nie jest ich winą to, że utrzymują się z handlu narkotykami. Ale tam, gdzie pojawiają się narkotyki, tam też pojawiają się grupy przestępcze. Między innymi z tego powodu Afganistan jest stałym polem walki. I gdy widzi się tą totalną, skrajną biedę, gdzie u nas najbiedniejszy człowiek ma więcej, niż przeciętny bogaty Afgańczyk żyjący na wsi, widzi się ludzi schorowanych, czterdziestoletnich starców, dzieci, z których połowa nie dożyje pełnoletności, to ma się pretensje o to, że Pan Bóg też widzi i nic z tym nie robi.

My mówimy, że to jest kraina zapomniana przez Boga i ludzi. Tylko z drugiej strony mamy świadomość, że jesteśmy tutaj właśnie po to, żeby coś z tym zrobić. Może dla innych to jest hipokryzja, ale ja naprawdę uważam, że sensem misji jest zmiana życia chociaż jednego człowieka. Jeśli nauczyłam myć ręce jedno dziecko, dałam wiosce jeden koc, pokazałam że można człowieka ratować, a nie tylko zabijać się nawzajem, nauczyłam nosić buty – to już było warto. To już w pewien sposób coś zmieniłam. Nie naprawimy jednak rzeczywistości tylko kupując wszystkim latarki, rozdając ubrania i buty, ale pokazując, że ludzie gdzieś indziej żyją inaczej. To jest moja satysfakcja z tego, że tam byłam. Nieistotne jest ilu ludzi zabiłeś, ale ilu w rzeczywistości byłeś w stanie zmienić. Być może akurat to dziecko, które zobaczyło, że są ludzie z innego świata, że są w stanie żyć inaczej, kiedyś będzie miało możliwości decydowania o losach swojego kraju…

Jak jest z symbolami wiary? Czy krzyżyk noszony na szyi albo święty obrazek żołnierzom pomagają?

Teoretycznie żołnierzowi na misji nie wolno nosić żadnej biżuterii. Najczęściej jest tak, że na szyi na łańcuszku wisi obrączka ślubna albo krzyżyk, albo medalion, który się dostaje od kapelana. Często jest tak, że jeśli nie wisi na szyi, to jest schowany w kieszonce razem z listem do rodziny lub przy nieśmiertelniku. To nie jest na pokaz. My nie czujemy potrzeby pokazywania wszystkim dookoła, że jesteśmy osobami wierzącymi. To jest nasza sprawa. Ludzie noszą symbole swojego wyznania po to, żeby w przypadku, kiedy coś im się stanie, otrzymać pomoc ze strony kapelana.

Pytam o to nie bez powodu. Masz taki szczególny krzyż…

Tak. Ten krzyż to chyba jedna z najcenniejszych pamiątek, jakie stamtąd przywiozłam. W bazie był ostrzał rakietowy. Ja w tym czasie stałam z kolegą przy schronie. Pamiętam jak dzisiaj – wyjęłam rękawiczki z kieszeni, a on powiedział, że jest dziś bardzo spokojnie. W tym momencie uderzyła rakieta. Spadła w okolice metalowego baraku, który zamykała pani psycholog razem z jednym z żołnierzy. Rakieta uderzyła w mur, który okala bazę, odbiła się i uderzyła w nich. Oboje byli ciężko ranni. Dobiegliśmy do nich jako pierwsi. Kiedy coś się dzieje na bazie w pierwszej kolejności biegnie służba ratownicza i jednostki specjalne, a potem jest koordynowane działanie pozostałych formacji. Właściwie ja pamiętam tylko moment, kiedy zaczęłam tam biec, a potem, kiedy znalazłam się z powrotem w izbie chorych. Myślę, że chyba poziom adrenaliny i stresu wyrwał mi ten czas z pamięci. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co działo się pośrodku. Pamiętam tylko te dwa fragmenty, natomiast z opowieści kolegów, którzy dobiegli zaraz potem, aby pomóc, dowiedziałam się, co się wtedy stało – podmuch powietrza, przez który znalazłam się w schronie, to była druga rakieta, która uderzyła za mną. Ta rakieta na szczęście nie trafiła w nikogo, ale jej podmuch wepchnął nas do środka schronu. Znaleźliśmy się tam razem z tym rannym żołnierzem i ranną panią psycholog. Ona była bardzo ciężko poszkodowana. Urwało jej palce, miała odłamki w okolicach klatki piersiowej, pleców, głowy, nóg. Trzeba było ją bardzo szybko przetransportować do izby chorych, nosze niósł dowódca. Udało się uratować oboje rannych, przy czym ona jest weteranem poszkodowanym. Dzisiaj ma bardzo duże problemy zdrowotne.

Ta rakieta, która uderzyła z tyłu za mną… Żołnierze stwierdzili, że tak miało być, że miało mi się nic nie stać, bo miałam im pomóc. I z elementów tej rakiety wyspawali duży, metalowy krzyż. Ten krzyż został poświęcony przez kapelana, towarzyszył mi na wszystkich ważniejszych świętach, a w tej chwili towarzyszy nam na ołtarzu podczas mszy ku pamięci poległych weteranów 21 grudnia każdego roku, jako symbol tego, że takie wydarzenie miało miejsce, że tam ludzie giną naprawdę, że to nie jest modlitwa za coś czego nigdy nie przeżyliśmy, czy czego nie widzieliśmy. Obecnie krzyż znajduje się w szkole na sali odpraw. Wędruje za nami na każdą mszę polową.

krzyż rakietowy; fot. arch. A. Pasko

Jaką rolę odgrywają księża kapelani?

Dla mnie to jest bardzo ważne, żeby w całej rozmowie na temat wiary wśród żołnierzy, nie zapomnieć o roli księży kapelanów. To bardzo istotnie, dlatego że to są nie tylko księża, nie tylko żołnierze, ale przyjaciele. Oni żyją w tych samych warunkach, pełnią takie same służby, wspierają nas w najtrudniejszych momentach. Oni się z nami zżywają, mówią tym samym językiem co my, przeżywają nasze kłopoty, problemy, bardzo często zapominając o własnych. To są ludzie, którzy potrafią zrozumieć to, jak nam jest trudno. Potrafią zrozumieć, że są takie sytuacje, kiedy trzeba nie klęczeć, ale usiąść na klęczniku i zapalić razem papierosa, bo tylko wtedy żołnierz się otworzy. To są takie momenty, kiedy trzeba nie patrzeć na zegarek i na czas, tylko kogoś wysłuchać. Są takie chwile, kiedy trzeba wyspowiadać przy wozie bojowym. Nagle wyjeżdżamy. I nagle ktoś potrzebuje, żeby udzielić mu komunii. Tam komunie udzielane są pod dwoma postaciami – chleba i wina, bo nigdy nie wiemy, czy wrócimy, czy to nie będzie ta ostatnia komunia.

Kapelani to tacy ludzie, którzy czasami rozmawiają z naszymi rodzinami przez Skype’a, bo my nie potrafimy. Ja miałam kilka takich sytuacji, kiedy kapelan rozmawiał z moimi dziećmi, bo ja byłam w tym czasie na wyjeździe i oni nie wiedzieli, co się ze mną dzieje, a akurat wtedy się połączyli. To są ludzie, do których my mamy pełne zaufanie, bo oni stają się jednymi z nas, stają się braćmi broni. Jeżeli rakieta uderzy w bazę, to ona nie będzie wybierała – równie dobrze może trafić w kapelana. To są ludzie, który czasami muszą nas rozśmieszyć czy rozbawić. Ludzie, którzy będą razem z nami grali na gitarze, czasem tak samo przeklinali, bo wiedzą, że dopiero wtedy zdobędą pełne uznanie i będą potrafili nawiązać nić porozumienia. To są wyjątkowi ludzie. I takie przyjaźnie z kapelanami z misji ciągną się potem przez lata. Kapelan, który był ze mną na 10. zmianie, teraz jest na misji w Kosowie i dla mnie to, że on napisał przed wylotem: „Aga wylatuję, pomódl się za mnie”, nie oznacza tego, że ksiądz mnie tylko prosi o modlitwę. To jest mój przyjaciel. Takie osoby są niezwykle ważne, pomagają utrzymać wysokie morale, dzięki nim ludzie nie wracają stamtąd jako psychiczne wraki. To ogromna pomoc.

Czy to jest tak, że wszyscy żołnierze to praktykujący katolicy?

Nie. Kaplice misyjne widzą najwięcej modlących się, ale to właśnie ze względu na ich specyficzną atmosferę. Tam msze wyglądają zupełnie inaczej. Tam czas ma inne znaczenie niż w kraju. Msza trwa 20 minut. Tyle może trwać, bo tyle trwa ustawienie rakiety, która mogłaby uderzyć w bazę. Rozmawia się na zupełnie inne tematy. Bardzo często homilie przeradzają się w rozmowy przy kawie. Księża kapelani zamieniają się w animatorów kultury. Tam buduje się inny nastrój.

Życie na misji nauczyło mnie, że Boga można szukać wszędzie, że mogę sobie usiąść w swoim ogrodzie sama i porozmawiać z Bogiem. To, że żołnierzy potem w kościołach nieraz widać mniej, nie jest skutkiem tego, że oni się odwrócili, czy czują się oszukani. Inaczej patrzy się na wiarę, na Boga. Z misji wywozi się też pogodzenie ze świadomością śmierci. Pytano mnie, czy ja się jeszcze czegoś boję po misji. Chyba wyrzucenia na śmietnik i niepamięci, ale tego boją się raczej wszyscy żyjący. Śmierci boję się najmniej. To jest normalny, naturalny etap. My się z tym godzimy i wtedy przychodzi zupełnie inne patrzenie na wiarę. Wiara jest dla nas. I nie ze strachu, a już na pewno nie ze strachu przed śmiercią.


Wywiad ukazał się w dwumiesięczniku „La Salette. Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej” – Miłość usuwa lęk (nr 1/2019)

Zapraszamy na stronę internetową: https://poslaniec.saletyni.pl/produkt/milosc-usuwa-lek-poslaniec-nr-1-2019/