Posłaniec MBS

Aby pozbyć się lęku, trzeba zaufać Jezusowi

310wyświetleń

Zdaję sobie sprawę z tego, że jeżeli w moich odczuciach dominuje lęk, to oznacza to, że jestem nim „napędzana”.  Wiem, że tym, który „napędza” człowieka lękiem, jest szatan. Kiedy odczuwam lęk, to w takich momentach zawsze krzyczę w sercu słowa: „JEZUS JEST PANEM!”. To mi naprawdę pomaga! Ten lęk, który przed chwilą czułam, momentalnie jakby się rozpływa i zaczynam odczuwać pokój w sercu – opowiada Leokadia Głogowska, Polka z Nowego Jorku.

11 września 2001 roku, jak co dzień, mąż odwiózł ją do pracy w New York Metropolitan Transportation Council – metropolitalnej organizacji planistycznej, której biuro mieściło się na 82. piętrze północnej wieży World Trade Center. Tej, w którą uderzył pierwszy samolot.

Modlitwą w strach

Przed wyjściem z domu wyciągnęła z szafki z butami wysokie szpilki. Włożyła już jeden but i w tym momencie jej wzrok padł na płaskie, wygodne sandały. – Jakiś głos podpowiedział mi w sercu: „Nie idź w szpilkach, zmień je na wygodne buty”. Nigdy czegoś takiego nie odczuwałam. W ostatniej chwili zmieniłam wysokie szpilki na sandały. To był detal, który jednak znacząco zmienił moją sytuację tego dnia. Ktoś mógłby powiedzieć: mogłaś po ataku zdjąć szpilki i uciekać boso. Niestety, podczas ucieczki z World Trade Center nie mogliśmy ściągać butów, bo na klatkach schodowych leżało szkło – wspomina. I dodaje: – Akurat w moim biurze nie było w tym dniu dziewczyn w szpilkach, ale w obu wieżach WTC było ich wiele. Te, które uciekały w szpilkach i przeżyły, do dziś mają problemy z nogami z powodu pozrywanych ścięgien.

Kiedy pani Leokadia wjechała na „swoje” piętro, była godzina 7:30 czasu nowojorskiego. Przez kilka minut kontemplowała widok z okna. Na wschód, jakby w stronę Europy. Potem zajęła się jednym z projektów. W biurze było może 20 osób. Panowała idealna cisza. Żadnych rozmów.

Tym, co przeżywa, o swoim przekonaniu o opiece Pana Boga nad nią, pani Leokadia dzieli się, oprowadzając wycieczki po terenie WTC.

O 8:46 tę ciszę zakłócił niesamowity hałas, a potem huk. – To było jak „betonowy sztorm” – opowiada pani Leokadia. – Wybuch betonu z potężną, syczącą masą powietrza. Wieża odchyliła się w stronę południową. Im wyżej, tym odchylenie było większe. Wystraszona, wyskoczyłam zza biurka. Zarejestrowałam jeszcze, że z półek spadają książki. Byłam przekonana, że lecimy w dół.

Budynek przechylił się w jedną stronę, a następnie „odbił” w drugą i wrócił do pozycji wyjściowej. Pani Leokadia pomyślała, że to trzęsienie ziemi.

– Wówczas Tony (kolega z biura – przyp. JK) zaczął wrzeszczeć na całe biuro: „Get out! Right now!” (Uciekać! Natychmiast uciekać! – przyp. JK) – wspomina. – A trzeba dodać, że był to człowiek bardzo spokojny, grzeczny, który nigdy nie podnosił głosu.

Chwyciła torebkę i zaczęła biec w kierunku drzwi na korytarz.

– Po uderzeniu samolotu odczuwałam ogromny strach wywołany potwornym hukiem i przechyleniem się wieży – opowiada pani Leokadia. – Ten strach jeszcze bardziej się nasilił, kiedy zobaczyłam w drzwiach wyjściowych z biura, że drogę odcina mi czarny, gęsty dym. Zareagowałam modlitwą błagalną do Boga, by dał mi pokój w sercu w chwili śmierci. 

Jestem szczęściarą, bo wierzę w Boga

W tym momencie przypomniała sobie treść e-maila od siostry z Polski, który dotarł do niej dzień wcześniej. Dotyczył wypadku w windzie, który pani Leokadia przeżyła w wieży 15 sierpnia.

Co się wtedy zdarzyło? – Akurat wychodziłam na lunch – opowiada. – Z dwoma kolegami z biura wsiadłam do windy ekspresowej na 78. piętrze, żeby zjechać na dół. Drzwi się zamknęły, a winda… zaczęła spadać. Po prostu się zerwała. W windzie było 15 osób. Jeden z kolegów wrzasnął, aby nacisnąć przycisk „stop”. Mężczyzna, który stał przy tablicy rozdzielczej, miał taki refleks, że w tym samym momencie nacisnął ten przycisk. Trwało to wszystko sekundę, może ciut dłużej. W tym czasie winda spadła 35 pięter.

Winda zatrzymała się. Nikomu nic się nie stało, ale przez tydzień pani Leokadia nie przychodziła do biura, bo tak panicznie bała się jazdy na swoje piętro.

Następnego dnia po wypadku zadzwoniła do mamy, do Zielonej Góry. Opowiedziała, co się jej przydarzyło. Pierwsze słowa mamy brzmiały: „Dziecko, ty nie powinnaś dłużej pracować w tym budynku”. Odpowiedziała: „Mamo, nic się nie martw, takie wypadki zdarzają się raz na sto lat. Raczej podziękuj Bogu, że żyję”. Dzień później, 17 sierpnia, mama zamówiła mszę świętą dziękczynną za ocalenie pani Leokadii w tej windzie. Ksiądz otworzył kalendarz i stwierdził, że najbliższy wolny termin przypada na… 11 września.

10 września siostra wysłała do pani Leokadii e-maila z przypomnieniem o mszy. Została ona odprawiona, uwzględniając różnicę czasu, 8 godzin przed atakiem na WTC. – Już byłam pewna, że to nie był przypadek, iż moja rodzina modliła się i dziękowała dzisiaj za moje ocalenie. W tym momencie w moje serce wstąpiła tak wielka wiara, że momentalnie rzuciłam się w kłęby tego dymu – opowiada moja rozmówczyni.

Pani Leokadia podkreśla, że ilekroć przywołuje w pamięci tamten moment, uświadamia sobie, jaką jest szczęściarą, że wierzy w Boga i w to, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych.

Modlitwa czyni cuda

Zejście na sam dół zajęło jej ponad godzinę. Pobiegła w kierunku Mostu Brooklińskiego. Odwróciła się i w tym momencie zawaliła się druga wieża. Towarzyszył temu głuchy, mocny huk. „Jej” wieża jeszcze stała, chociaż cała zajęta ogniem.

– Byłam w szoku – opowiada pani Leokadia. – Myślałam, że może ze mną jest coś nie tak. Zaczęłam wypytywać ludzi na moście, czy wiedzą, co się stało. Patrzyli na mnie ze zdziwieniem, bo od ponad godziny wszyscy wiedzieli to z telewizji. Powiedzieli mi, że to atak na Amerykę. Atak?! Jaki atak?! I kolejna myśl: gdzie są mój mąż i syn?! Michał powinien być na uczelni, a Marek w pracy. Chciałam się z nimi skontaktować. Poprosiłam jedną z kobiet, żeby mi pozwoliła zadzwonić ze swojej komórki. A ona na to: „Słuchaj, żadna komórka nie działa”.

Do domu mogła iść jedynie pieszo. Droga była dłuższa niż autostradą, około 15 kilometrów. Kiedy była już po drugiej stronie mostu, zaczęła się walić „jej” wieża. – Nie mogłam na to patrzeć, słyszałam tylko krzyki ludzi – wspomina. – Kiedy po chwili odwróciłam się w tamtą stronę, Manhattan był jednym wielkim kłębowiskiem dymu, a wieże zniknęły z horyzontu.

Ludzie szli przez Brooklyn w milczeniu, ze spuszczonymi głowami, oblepieni kurzem. Pani Leokadii wydawało się, że to koniec świata.

Po drodze sprawdzała każdy publiczny telefon. Dopiero po jakichś czterech godzinach znalazła budkę z działającym aparatem. – Pamiętam, jak bardzo drżała mi ręka, gdy podniosłam słuchawkę i usłyszałam sygnał. Zadzwoniłam najpierw do męża do pracy. Jego szef, kiedy usłyszał mój głos w słuchawce, zaczął krzyczeć na całe biuro: „Oh, my God! You’re alive! Mark, she’s alive! Your wife is alive!”. (O, mój Boże! Ty żyjesz! Marek, ona żyje! Twoja żona żyje! – przyp. JK). Mąż, kiedy mnie usłyszał, rozpłakał się. Później wiele razy powtarzał, że to były cztery najdłuższe godziny jego życia.

Pani Leokadia czasami żartuje, że Pan Bóg nie miał wyjścia – musiał ją ocalić! – Najpierw msza św. za mnie w tym dniu odprawiona w Zielonej Górze, potem orszak sióstr Niepokalanek i znajomych księży osłaniających mnie modlitwą, wreszcie moja rodzina, przyjaciele i znajomi proszący Boga o moje ocalenie w różnych zakątkach świata – wylicza. –Nawet niewierzący kolega zadzwonił do mnie po ataku i powiedział, że on też modlił się za mnie.  To jest niesamowite, kiedy człowiek uzmysławia sobie, że ma tak ogromne wsparcie modlitewne.  Modlitwa i wiara naprawdę czynią cuda!  A kiedy nawet modli się osoba niewierząca, to Pana Boga na pewno to szczególnie porusza.

Przebaczyć sprawcom lęku

Lęk, który pojawił się w następstwie tego strasznego wydarzenia, pozostał w pani Leokadii do dziś. Pojawia się zazwyczaj wtedy, kiedy usłyszy jakiś nagły hałas, trzask, huk, czy kiedy media podają informacje o kolejnych atakach terrorystycznych.

– Na szczęście taki lęk trwa tylko ułamki sekund, a po chwili znów czuję pokój w sercu – podkreśla moja rozmówczyni.  – Żeby zwalczyć ten lęk, momentalnie zaczynam się modlić i mówię Bogu, że tylko Jemu ufam…. i Bóg w cudowny sposób daje mi siłę, że zaczynam ufać.  To zaufanie i pokonywanie lęku po 11 września wyrabiałam w sobie dzień po dniu, małymi kroczkami… 

 Aż któregoś dnia Pan Bóg postawił na jej drodze muzułmankę. Siedziała wystraszona naprzeciw pani Leokadii w poczekalni u dentysty.

– Wymiana uśmiechów z tą kobietą była dla mnie momentem przebaczenia prawdziwym zamachowcom, który był mi bardzo potrzebny do pokonania gniewu i lęku.  Myślę, że aby pozbyć się lęku trzeba nauczyć się ufać.  Ufać Temu, który jest ponad wszystkim i w którego rękach jest każdy nasz oddech.

Jaromir Kwiatkowski
dziennikarz, publicysta, mąż, ojciec i dziadek


Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „La Salette. Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej” – Miłość usuwa lęk (nr 1/2019)

Zapraszamy na stronę internetową: https://poslaniec.saletyni.pl/produkt/milosc-usuwa-lek-poslaniec-nr-1-2019/